Dzieło życia Cezarego Kuleszy
PARAGRAFY I SPORT - cotygodniowy felieton Roberta Kiłdanowicza
Kilka dni temu polskie media obiegła wiadomość, że prezes Polskiego Związku Piłki Nożnej Cezary Kulesza uczynił z budowy ośrodka piłkarskiego priorytetowy cel publiczny na dokończenie swojej kadencji. Skwitował to równocześnie komentarzem, że ośrodek ów powinien powstać przynajmniej 10-15 lat temu - co w zawoalowany sposób „wrzucało kamyczek do ogródka” poprzedniego szefa futbolowej centrali, Zbigniewa Bońka. No, ale to taka dopuszczalna uszczypliwość aktualnego prezesa, z gatunku „kto się czubi, ten się lubi” i raczej inteligentnej szermierki na słowa niż realnego konfliktu.
Na marginesie należy przy tym stwierdzić, że budowa tegoż ośrodka piłkarskiego to też „neverending story” PZPN, bo dyskusja w tej kwestii trwa już wiele lat i nic z niej nie wynika.
Po pierwsze – cel budowy: nikt nie wie, komu miałby być dedykowany taki ośrodek, czy pierwszej reprezentacji, czy wszystkim reprezentacjom rodzimej federacji, kobiet i mężczyzn, które rozrastają się niemalże w dynamice geometrycznej.
Po drugie - jeśli uda się zdefiniować zamiar i uzasadnienie dla dokonania przyszłej budowy centrum polskiego futbolu, dopiero wtedy można zacząć gromadzić na ten cel środki inwestycyjne. Jednakże bez krzty wątpliwości PZPN posiada takie zasoby, że sam mógłby sfinansować to przedsięwzięcie. Ponadto gros środków w swoich zasobach mają zarezerwowane FIFA i UEFA, z przeznaczeniem na rozbudowę narodowych federacji, tj. siedzib i ośrodków piłkarskich. Rzeczywiście tak jest, że sąsiednie federacje, oprócz Polski, posiadają tego rodzaju centra z prawdziwego zdarzenia.
No właśnie, i tutaj dochodzimy znowu do samej koncepcji i przeznaczenia ośrodka - komu ma on służyć? Kalendarz rozgrywek piłkarskich, zarówno krajowych, jak i międzynarodowych, jest tak szalenie napięty i przeładowany, że znalezienie wolnego terminu dla reprezentacji narodowych jest niewykonalne. To jest fakt nieodwracalny, który z kolei powoduje konsekwencje tego rodzaju, że - oprócz samego wybudowania ośrodka - istotną okolicznością, a może nawet bardziej ważną, będzie stopień jego wykorzystania. Taki ośrodek nie może stać pusty, on musi być nieustannie wykorzystywany. Czy nasi decydenci związkowi wzięli to pod uwagę?
Dodatkowo na kanwie budowy ośrodka PZPN-u rodzi się ważny problem do rozstrzygnięcia: czy polskie państwo ma partycypować w takim przedsięwzięciu inwestycyjnym? Według mnie ze wszelkich miar - tak, ponieważ w taki sposób będzie mogło wywierać wpływ na funkcjonowanie procesu szkoleniowego dzieci i młodzieży, przyszłych dorosłych Polaków. Poza tym może przecież być współwłaścicielem centrum i udostępniać go innym dyscyplinom sportowym. Tylko trzeba mieć jakąś wizję, plan i np. spróbować poddać go publicznej dyskusji, a nie podejmować decyzje w zaciszu gabinetów według własnego widzimisię i uznania, zwłaszcza, że to pieniądze publiczne.
No i wreszcie docieramy do sedna. Ta niejednoznaczność oraz wątpliwość dotyczące tego, czy, jak i kiedy budować ośrodek piłkarski, powodują, że politycy równie chętnie chcieliby współdecydować o tym ośrodku. Zapewne wszyscy kibice pamiętają - a jeśli nie, to przypomnę - jak pod koniec poprzedniego rządu minister Bortniczuk przeznaczył już ponad 300 mln złotych z budżetu swojego ministerstwa (państwa) na budowę ośrodka PZPN-u.
Nie wdając się w ocenę, czy taki plastikowy lub papierowy czek jest wiążący w sensie prawnym, to kolejny dowód na to, że polityka powinna być z dala od piłki nożnej, a szerzej – sportu generalnie. Cóż jednak zrobić, że nie żyjemy w świecie idealnym i nie da się abdykować od takich wpływów politycznych, zważywszy, że sport – a zwłaszcza piłka nożna - to bardzo plastyczne zaplecze wyborcze, a więc elektorat. Reakcja przyszła bardzo szybko - po zmianie władzy minister Nitras niezwłocznie uchylił decyzję administracyjną poprzednika i zablokował środki przeznaczone dla PZPN-u. I usprawiedliwił swoją decyzję uzasadnieniem, że federacja złożyła swój wniosek z błędami formalnymi i merytorycznymi. PZPN nie skorygował, ani nie poprawił swojego wniosku, czym według mnie popełnił jednak grzech zaniechania, bo „machnął ręką” na potężne wsparcie finansowe, nie wiadomo tak naprawdę z jakiego powodu, skoro prezes Kulesza czyni z tego przedsięwzięcia priorytet swojej prezesury.
Dochodzimy więc do clou problemu – mianowicie zbyt często w naszym życiu stajemy się zakładnikami politycznej woli i decyzji. Wszak, czy to jeden minister, czy drugi w istocie sprawy nie wspierają przecież Cezarego Kuleszy, tylko PZPN i zastępy dzieciaków oraz młodzieży uprawiających futbol. Prezes odejdzie, a federacja narodowa będzie istniała i infrastruktura będzie służyła następnym pokoleniom. Naprawdę nie warto patrzeć krótkowzrocznie i służyć tylko doraźnym interesom politycznym, bo to odbija się później czkawką.
Inna sprawa, że władza państwowa, zwłaszcza wykonawcza, traktuje kwestie sportu i obszaru z nim związanego jak kwiatek do kożucha i ministrowie tego resortu są traktowani mało poważnie. I jest to swoisty paradoks, bo większość polityków wszystkich opcji w Polsce jest zdeklarowanymi, przekonanymi kibicami - natomiast w realnym działaniu traktują ten obszar życia publicznego nazbyt frywolnie. A to jest poważna sprawa.
__________________________
* Robert Kiłdanowicz jest doktorem nauk prawnych. W przeszłości występował m.in. w I-ligowych (wg dzisiejszego nazewnictwa ekstraklasowych) zespołach Stomilu Olsztyn, Widzewa Łódź czy Śląska Wrocław
PZPN „machnął ręką” na potężne wsparcie finansowe państwa, nie wiadomo tak naprawdę z jakiego powodu, skoro Cezary Kulesza czyni z centralnego ośrodka priorytet swojej prezesury... Fot. PAP/Leszek Szymański