Ciekawy przypadek Jerzego Brzęczka
KOMENTARZ „SPORTU” - Mariusz Rajek
Losy Brzęczka jako trenera układały się bardzo różnie. Rozpoczął od Rakowa, czyli miejsca, w którym zaczęła się jego piłkarska przygoda, do tego w trudnym czasie, gdy celem było przetrwanie, a nie marzenia o ekstraklasie. Brzmi bardziej jak końcowa misja, zwieńczenie, emerytura trenerskiej drogi, nieprawdaż?
Potem były Lechia, GKS Katowice i Wisła Płock. Biorąc pod uwagę, że żaden z klubów nie był topową marką nawet na krajowym podwórku, ani nigdzie nie odniósł spektakularnego sukcesu, powierzenie mu pierwszej reprezentacji przez Zbigniewa Bońka w lipcu 2018 roku odbierano jako kuriozalne i niezrozumiałe. Jeszcze bardziej irracjonalne było jednak zwolnienie go przez tego samego prezesa PZPN na początku 2021 na pół roku przez pandemicznym EURO, na które sam awansował!
Po roku przerwy za namową Kuby Błaszczykowskiego podjął się misji uratowania Wisły Kraków i… poległ całkowicie. To prawdopodobnie była najgorsza decyzja Brzęczka w karierze trenerskiej.
Po blisko trzech latach niebytu odrodził się jak Feniks w kadrze U-21 i teraz wymieniany jest jako główny kandydat do zastąpienia Jana Urbana. Czy wróci do kadry na białym koniu, niemalże jako zbawca i uratuje całą polską piłkę, choć wydawał się być już trenersko pogrzebany? Doprawdy, ciekawy to przypadek. Przypadek Jerzego Brzęczka.