Czekam aż budzik zadzwoni...
Rozmowa z Markiem Magierą, komentatorem Polsatu Sport, bratem zmarłego w tym roku Jacka Magiery
Uśmiechnięty Jacek Magiera. Takiego go pamiętamy... Fot. Mateusz Porzucek/Pressfocus
- Od 1996 roku, czyli momentu, gdy Jacek przeszedł do Legii, słyszę je regularnie. Pytano mnie zarówno jako brata, jak i jako kibica. Już wtedy bawiłem się w dziennikarstwo lokalne, pisałem pierwsze teksty i komentowałem mecze w lokalnej rozgłośni. Nigdy mnie to ani specjalnie nie denerwowało, ani nie drażniło. Zawsze przede wszystkim kibicowałem Jackowi. Jeśli chodzi o rywalizację sportową, to była dla mnie sprawa priorytetowa. Jeśli chodzi o kibicowanie klubom, to jednak kibicowałem Rakowowi i nie miało znaczenia, że Jacek grał w Legii. Rozumiesz coś z tego (śmiech)?
Że Jacek niech strzela jak najwięcej, byle o jedną bramkę mniej od Rakowa... To były chyba zawsze wyjątkowe mecze?
- Oj tak! Byłem chyba na wszystkich meczach, w których Jacek grał przeciwko Rakowowi. Nie mogę sobie teraz przypomnieć takiego, na którym bym nie był. W niedzielę też będę chciał być przy Łazienkowskiej, ale w mojej pracy wiele może się wydarzyć nagle, więc tak na sto procent nie chcę deklarować.
To, że Markowi Papszunowi uda się poukładać Legię dla nikogo raczej nie powinno być zaskoczeniem. Wyniki w tym momencie raczej się zgadzają, ale czy kibice Legii na dłuższą metę zaakceptują obecny styl gry zespołu? Od Legii oczekuje się bowiem nie tylko zwycięstw, ale też efektownej, przyjemnej dla oka gry.
- Legia to jest potężny klub i tutaj moi koledzy z Częstochowy mogą się zżymać, ale nie postawię znaku równości między Legią a Rakowem jeśli chodzi o pułap oczekiwań. Inna historia obu klubów, zupełnie inna skala. Raków, który znam z dzieciństwa i młodości, to klub mocno środowiskowy o rodzinnej atmosferze. W przypadku Legii możemy mówić natomiast o klubie globalnym. W tym momencie, patrząc na ostatnie lata, Raków oczywiście również jest bardzo dobrze funkcjonującym przedsiębiorstwem piłkarskim. Wyniki z tego sezonu dla tej oceny nie mają żadnego znaczenia, bo klub wskoczył na najwyższą półkę w Polsce. Poprzez regularne występy w europejskich pucharach wyrobił sobie markę premium. Legia w tej kategorii jest natomiast od zawsze. Nie boję się powiedzieć, że to jest największy polski klub. Tak go postrzegam, pewnie również trochę ze względów sentymentalnych za sprawą Jacka. Czy kibice zaakceptują taki styl? Poprzeczka oczekiwań zawieszona jest bardzo wysoko. Tu po wygranym meczu zawsze znajdą się opinie, że to nie jest to, co chcemy oglądać. Kibice oczekują wielkiej wartości wizualnej i nie ma im się co dziwić. Marek Papszun broni się swoją pracą i trzeźwo patrzący kibice Legii zdecydowanie docenią jego robotę, jak na materiał, którym dysponuje. Od dawna jestem zdania, że nic lepszego od Marka Papszuna nie mogło się Legii przytrafić. Uważam go za najlepszego trenera w Polsce.
Ciężko się z tym nie zgodzić. A da się wytłumaczyć to, co stało się z Rakowem po jego drugim odejściu? Serię porażek na początku tego sezonu, kolejne zmiany trenerów ciężko racjonalnie zrozumieć.
- No zgadza się… Ja nie patrzę na to jednak wyłącznie przez pryzmat wyników. One raz są, raz ich nie ma. W Rakowie przeżyłem takie czasy, że ostatnie czy przedostatnie miejsce w tabeli ekstraklasy jakoś bardzo mnie nie przeraża. W piłce wszystko jest jakimś procesem. Spójrzmy, w jakim momencie była Legia, gdy przejął ją Marek Papszun. Takie spektakularne spadki formy w piłce po prostu się zdarzają. Ja nie czuję się właściwą osobą, aby spróbować odpowiedzieć na to pytanie, bo bardziej powinni je sobie zadać ludzie, którzy ten klub prowadzą i są w nim na co dzień. Nie ma skutku bez przyczyny. Piłkarze zostali wyskautowani pod profil, który preferuje Marek i z nim na ławce bardzo możliwe, że wszystko by się zgadzało.
Ostatnia wygrana z Pogonią 3:1 daje nadzieję, że najgorsze już za nimi?
- Dostrzegam światełko w tunelu po ostatnich meczach, ale wywalczenie miejsca satysfakcjonującego, a w tym momencie takim będzie każde powyżej tego, które oznacza spadek, będzie bardzo trudne. Przypomnijmy sobie przykład Śląska Wrocław, w którym pracował ś. p. Jacek - był niemalże identyczny. Po trzynastu kolejkach, jeśli dobrze pamiętam, też mieli 9 punktów i na koniec dwóch albo trzech jednak im zabrakło. Życzę oczywiście Rakowowi, żeby się utrzymał. Zobaczymy jeszcze, jak pogra w Pucharze Polski, bo to jest fajna ścieżka, aby pozostać w Europie. W Lublinie i z Pogonią zagrali ci sami ludzie, którzy byli w klubie wcześniej, a zagrali na zupełnie innym poziomie. To jest bardzo ciekawa historia do głębszej analizy.
Jakiego meczu możemy spodziewać się w niedzielę w konfrontacji, którą hasłowo możemy określić starciem „ucznia z mistrzem”, mając na myśli osobę Dawida Szwargi – wieloletniego asystenta Papszuna na ławce Rakowa?
- Staram się oglądać wszystkie mecze Rakowa, nie widziałem natomiast ostatnich meczów Legii z Lechem oraz Górnikiem…
… nie ma za bardzo czego żałować…
- Tak, słyszałem, że żadna z drużyn nie oddała celnego strzału, to wiele mówi o tym meczu. Natomiast znam się z Markiem Papszunem nie tylko na stopie stricte zawodowej, ponieważ miałem okazję komentować mecze Rakowa w Lidze Konferencji. Często wtedy rozmawialiśmy na tematy dotyczące bardzo szczegółowego przygotowania drużyny pod konkretny mecz. Do dziś zdarza nam się wymieniać wiadomości, czasem na chwilę zadzwonić. Legia na pewno będzie bardzo dobrze przygotowana do tego meczu. Nie tylko dlatego, że Marek doskonale zna częstochowskie środowisko, że zna tych zawodników. Nie znam natomiast Dawida Szwargi. Nigdy chyba nie zamieniliśmy nawet jednego słowa, przez co trudno odnieść mi się do tego meczu z jego perspektywy. Słyszałem, że jest mega profesjonalistą, że ma bardzo duży posłuch i dobrą relację z zawodnikami.Spodziewam się taktycznej uczty z obu stron. Mam nadzieję, że nikt po tym meczu nie powie, że był on dla koneserów. Mam nadzieję, że zobaczymy celne strzały, a ten najbardziej celny do bramki wykonają piłkarze Rakowa.
Puchar Polski w tym sezonie jest teoretycznie więcej wart niż wicemistrzostwo Polski, bo zapewnia fazę ligową Ligi Konferencji, a co za tym idzie co najmniej siedem milionów euro. Tymczasem 14 z 18 klubów ekstraklasy zostało wyeliminowanych przed rozegraniem 1/8 finału. Co nam to mówi o tych klubach?
- Szczerze mówiąc, z jednej strony nie wydarzyło się tu chyba nic nadzwyczajnego, bo Puchar Polski - odkąd tylko pamiętam - traktowany był jako rozgrywki drugiej kategorii, nikt się nim specjalnie nie przejmował. W dawnych czasach służył jeszcze piłkarzom do „wyczyszczenia się” z kartek. Z drugiej strony wabik w postaci siedmiu milionów euro brzmi imponująco i raczej nikogo nie stać, aby tak lekko go odpuścić. Poza tym dla wielu piłkarzy dużą motywacją powinna być możliwość zagrania wielkiego meczu na Stadionie Narodowym. W ostatnich latach ten finał urósł do rangi ogromnego święta. Ostatni finał miałem okazję śledzić za bramką z kibicami Rakowa i widziałem, jak ludzie przeżywają taki mecz. Dwanaście tysięcy osób z Częstochowy to więcej niż dwa obecne stadiony Rakowa! Patrząc pod tym kątem, rozumiem ogromne nerwy kibiców Radomiaka, Korony, Śląska czy GKS-u Katowice, którzy tak wcześnie stracili taką szansę. Inną kategorią jest Lech, który gra na wielkich stadionach w Europie, oni do Pucharu Polski nie przywiązują aż tak wielkiej wagi.
Odpadnięcie tak dużej liczby ekstraklasowiczów to jednak prawdziwa plaga!
- Same wyniki mogą tak bardzo zaskakiwać w momencie, gdy popatrzymy jedynie na potencjał poszczególnych klubów. W Pucharze Polski dochodzi jednak jeszcze inny czynnik klubów z niższych lig. Pamiętam, jak ponad 20 lat temu IV-ligowy Raków wygrał Puchar na szczeblu lokalnym i była wielka chęć zaprezentowania się na arenie ogólnopolskiej. To jest pokazanie zawodnikom, że są w stanie mierzyć się z silniejszymi od siebie. Wygraliśmy z Podbeskidziem, potem dostaliśmy wolny los, następnie wyeliminowaliśmy Aluminium Konin i znaleźliśmy się w ćwierćfinale z Jagiellonią, która dopiero się budowała i była w drugiej lidze. Raków był wtedy na pozycji dzisiejszej Avii Świdnik, Siarki Tarnobrzeg, a może nawet niższej. Ci piłkarze mieli wtedy wielką pasję w sobie, miesiąc od losowania rozmawiali tylko o tym, z kim grają w tym pucharze. W ten sposób podchodzą do tego ludzie w klubach z niższych lig i stąd są potem w stanie sprawiać takie niespodzianki. Zazdroszczę kibicom piłki nożnej, że mogą przeżywać takie historie, bo bardzo mi ich brakuje w mojej ukochanej siatkówce.
Został pan przewodniczącym społecznego komitetu budowy stadionu Rakowa. Coś się dzieje w tej materii? Część kibiców straciła nadzieję, że ten stadion kiedykolwiek powstanie. Ostatnio odwołali prezydenta w referendum. To coś zmienia?
- Na temat referendum nie chciałbym się wypowiadać, bo od ponad 20 lat nie mieszkam w Częstochowie, teraz jestem tam jako gość. Natomiast co do samego komitetu - była taka sytuacja po ostatnim meczu poprzedniego sezonu z Arką, gdy Michał Świerczewski zaprosił mnie na uroczystą kolację z piłkarzami, klubem biznesu, taka impreza w wąskim gronie. Właściciel Rakowa wygłosił tam bardzo emocjonalną przemowę na temat ścieżki rozwoju klubu, pojawił się też temat stadionu. Na koniec, przy pożegnaniu, zadeklarowałem, że jeśli potrzebowałby mojej pomocy w jakiejkolwiek formie, to zgłaszam swoją dyspozycję. Jakiś czas później odezwał się do mnie Janek Sętowski [kurator sztuki, działacz społeczny, artysta – przyp. red.], przedstawiając mi pomysł powołania takiego komitetu. Mocnym argumentem było to, że tego rodzaju inicjatywy na świecie działają od dawna. Nie mają jakiejś mocy sprawczej, ale pomagają po pierwsze zbudować społeczność, po drugie trafiać do szerszej grupy zainteresowanych odbiorców. Dotarliśmy do wielu osób, które podobnie jak my uważały, że Częstochowa jest miastem, które powinno mieć prawdziwy stadion. Nie tylko dla Rakowa, ale dla całej Częstochowy. Niech mi nikt nie mówi populistycznych haseł, że to jest nieważne, albo że jest mnóstwo ważniejszych inwestycji. Jakie możliwości daje taki stadion przekonaliśmy się, jeżdżąc za Rakowem po Europie. Dla samego Rakowa jest to niezbędne koło ratunkowe, aby ten klub dalej rozwijać. W przeciwnym razie konkurencyjność Rakowa w stosunku do innych klubów z każdym rokiem będzie maleć. Już teraz jest zresztą bardzo mała, a to pole manewru cały czas się zmniejsza. Janek poprosił mnie, abym został społecznym przewodniczącym tego projektu. Jak to ujął: „masz świetne nazwisko wiążące się z historią Rakowa i jesteś osobą bardzo wiarygodną”. Wytoczył „ciężkie działa”, więc zgodziłem się na takie samozwańcze tytułowanie mnie przewodniczącym komitetu budowy stadionu. Poczyniłem kilka ruchów, aby ludzi ze świata sportu pobudzić do poparcia tej inicjatywy.
Jesteśmy krótko po Wszystkich Świętych, w tym roku to dla pana wyjątkowo przykry czas. Przyznam szczerze, że wciąż ciężko uwierzyć, że ponad pół roku nie ma z nami Jacka Magiery…
- Ja nie patrzę na to przez pryzmat listopada czy tego święta. Z powspominaniem Jacka nie mam żadnego problemu, bo jeśli ktoś ma to zrobić, to ja jestem chyba właściwą osobą. To nie ogranicza moich emocji czy tego, co ja myślę. Przy mojej relacji z Jackiem nie ma znaczenia, czy to będzie pół roku, rok, 10 czy daj Boże 35 najbliższych lat. Ja to będę zawsze przeżywał tak samo. Czas goi rany - to fajnie brzmiąca fraza, ale to tylko tak wybrzmiewa, bo nie było dnia, abym o Jacku nie pomyślał. Obaj byliśmy ludźmi świata sportu i to, co ja robię zawodowo sprawia, że te wspomnienia wracają z jeszcze większym natężeniem. Często, gdy kończył się jakiś mecz, była wymiana uwag na WhatsAppie z Jackiem, często też dzwoniliśmy przegadać temat. Od pół roku nie mam możliwości tego zrobić. Mieszkając w Piasecznie, jeżdżę do pracy na Ostrobramską, mijam ulicę Puławską, a tam kibice Legii na Służewcu zadedykowali mu część muralu, codziennie się do mnie z niego uśmiecha, więc nie da się nie pamiętać. Dalej ciężko mi to sobie wytłumaczyć, bo w mojej skali wydarzyło się coś, co nie miało prawa się wydarzyć, ale jednak się stało, takie jest życie. Dzień wcześniej razem mieliśmy być na meczu Rakowa z GieKSą w półfinale Pucharu Polski. Mnie coś zatrzymało w redakcji, musiałem zostać w Warszawie, a Jacek został we Wrocławiu na meczu syna Janka. Ja komentowałem wtedy jakiś mecz z dziupli w Warszawie, a na telefonie puściłem sobie Raków. Pierwszą połowę oglądałem, równocześnie komentując inny mecz. Po meczu tradycyjnie wymienialiśmy się uwagami. W piątek rano zadzwoniłem do niego o siódmej rano, żeby mi ogarnął dwa bilety na mecz z Górnikiem. Później wysłałem mu jeszcze wiadomość, na którą mi nie odpisał. Jak po dziesiątej zadzwoniła Magda [żona ś. p. Jacka Magiery – przyp. red.] i jak mi o tym powiedziała, miałem uczucie, że zaraz mi zadzwoni budzik i się obudzę. Wydawało mi się, że to jest zły sen. Trzy godziny temu z kimś rozmawiasz i nagle dostajesz informację, że on nie żyje… Spojrzałem na telefon w nadziei, że ten budzik zaraz zadzwoni i do dziś mam czasami nadzieję, że może jeszcze tak się stanie. Niestety nie chce zadzwonić…
Rozmawiał Mariusz Rajek
Marek Magiera od lat mieszka w Warszawie. W niedzielę będzie trzymał kciuki za Raków. Fot. Weronika Morciszek/PressFocus
Starcie Legii z Rakowem to jeden z hitów 14. kolejki. Fot. Weronika Morciszek/Pressfocus
Znowu razem, czyli Dawid Szwarga i Marek Papszun. Fot. Grzegorz Misiak/Pressfocus