Dla kogo bije licznik?
Wysokie napięcie pod koszem. Czy państwo powinno kupować nam ligowych mistrzów?
Rozpoczęcie współpracy z PGE odbyło się w bardzo uroczystej atmosferze. Fot. Norbert Barczyk/PressFocus
Święto w polskim koszu! Trzy tygodnie temu Polska Grupa Energetyczna ogłosiła, że wjeżdża w polską koszykówkę na pełnej petardzie. Trzy sezony, sponsoring tytularny ligi męskiej i żeńskiej, reprezentacje 5x5, dynamiczne 3x3, reprezentacja na wózkach i programy dla dzieciaków. Serce rosło. Wreszcie ktoś rzucił potężne koło ratunkowe dyscyplinie, która przez lata cierpiała na finansową zadyszkę i oglądała plecy piłki nożnej czy siatkówki.
Komunikat prasowy pachnie profesjonalizmem, misją i długofalową wizją. I bardzo dobrze. Kiedy spółka Skarbu Państwa inwestuje w reprezentację albo buduje całą piramidę szkoleniową od najmłodszych, robi dokładnie to, do czego została stworzona: pełni rolę odpowiedzialnego mecenasa sportu. Daje równy start, buduje infrastrukturę, cieszy wszystkich kibiców od Świnoujścia po Ustrzyki Górne.
Radość nie trwała jednak długo, bo zaledwie parę dni później ten sam państwowy gigant ogłosił kolejny sukces: został sponsorem tytularnym koszykarek Wisły Kraków. Zespół błyskawicznie zmienił nazwę, koszulki uszyto na nowo, a w budżecie pojawił się zapach państwowych milionów. I w tym momencie kurtyna zachwytu opada, a w głowie zapala się czerwona lampka.
Bo zaraz, zaraz... Czym różni się koszykarka z Krakowa od tej z Bochni, Bydgoszczy czy Sosnowca? Dlaczego akurat Kraków dostał „złoty strzał” z państwowej kasy, podczas gdy inne kluby muszą wypruwać z siebie żyły, pukać do drzwi lokalnych przedsiębiorców i błagać właściciela osiedlowej piekarni o wsparcie na wyjazd do innego miasta?
Wisła to tylko najnowszy element wielkiej, państwowej układanki. Pamiętamy przecież Anwil Włocławek oparty od lat na stabilnym kroplówce z Orlenu, koszykarki Polonii Warszawa wspierane przez Polską Wytwórnię Papierów Wytwórczych czy markę LOTTO rzucaną to tu, to tam. Spółki budowane z naszych podatków i z naszych rachunków za prąd wybierają sobie ulubione zabawki i pompują w nie pieniądze.
I tu dochodzimy do sedna sprawy: czy to jest fair? Gdy spółka Skarbu Państwa wchodzi w konkretny klub, przestajemy mieć do czynienia ze zdrową rywalizacją rynkową. Zamiast sprawdzania, kto ma lepszy skauting, lepszego trenera czy sprawniejszy dział marketingu, zaczyna się loteria. O tym, kto powalczy o medal, a kto o przetrwanie, nie decyduje plan biznesowy, lecz to, do kogo akurat uśmiechnie się prezes państwowej spółki, albo który polityk ma bliżej do hali w danym mieście.
Nikt nie ma pretensji do prywatnego biznesmena, że chce wydać swoje zarobione miliony na drużynę z rodzinnego miasta. Ma do tego pełne prawo. Ale na finanse PGE zrzucamy się wszyscy – niezależnie od tego, czy kibicujemy Wiśle, Śląskowi Wrocław, czy Treflowi Sopot. Każdy z nas, płacąc co miesiąc wyższy rachunek za energię elektryczną, składa się na kontrakt nowej zagranicznej rozgrywającej w Krakowie.
Wspieranie reprezentacji i szkolenia młodzieży? Jak najbardziej. To buduje cały sport. Ale mecenat nad wybranymi klubami w ligach zawodowych zawsze pozostawi niesmak i poczucie niesprawiedliwości. Wypacza rywalizację i zamienia sportowy parkiet w gabinetowe roszady.
Na koniec zostaje nam więc tylko patrzeć na tabelę i kibicować swoim drużynom. A gdy w zimowy wieczór zaświecimy w domu światło, pomyślmy z dumą, że ten malutki licznik prądu bije właśnie na chwałę polskiego basketu. Oby chociaż rzuty osobiste były z tego celne.
Piotr Płatek