Dołączył do wielkich mistrzów
Jego odejście to koniec pewnej epoki. Sandro Mazzola został zapamiętany nie tylko w swoim kraju. W 2002 roku gościł w Bielsku-Białej.
Na piłkarskim boisku Sandro Mazzola wyczyniał cuda! Fot. www.gazzetta.it
W kwietniu 2015 roku zbierałem w Turynie materiały do książki o Kamilu Gliku. Ukazała się rok później pod tytułem „Kamil Glik. Liczy się charakter”. To był szczególny wyjazd, tak jak szczególne jest miasto Fiata, aczkolwiek kibic Torino... na takie odniesienie by nie przystał!
W cieniu śmierci
Glik był wtedy w świetnej formie. Po kilku latach gry na Półwyspie Apenińskim nie tylko znakomicie radził sobie na boisku, ale też poza nim. Był kapitanem Torino Calcio, brylował w mediach, bo włoskiego nauczył się perfekt. Będąc wtedy w klubowym muzeum, na obrzeżach miasta w pięknym budynku starej rezydencji arystokratycznej Villa Claretta Assandri, nie sposób nie było się natknąć na nazwisko Mazzola.
Historia AC Torino, potem Torino Calcio, to przecież niewyobrażalna tragedia, jedna z największych w historii futbolu. 4 maja 1949 roku samolot lecący z piłkarzami Torino – ochrzczonego „Grande Torino”, najlepszego wtedy klubu na świecie, którego największym asem był właśnie Valentino Mazzola, ojciec Sandro – wracała z meczu z Benfiką w Lizbonie. Samolot miał międzylądowanie w Barcelonie, a potem zmierzał do domu. Fatalna pogoda, nisko osadzona mgła sprawiła, że podchodząc do lądowania samolot, nota bene Fiat G 212 – a więc głównego sponsora największego rywala, czyli Juventusu – uderzył w tylną ścianę turyńskiej bazyliki Superga… Zginęli wszyscy, 31 osób, w tym 18 zawodników, prawie cała ówczesna reprezentacja Italii z genialnym Valentino Mazzolą na czele. Identyfikacji zmarłych dokonywał Vittorio Pozzo, trener, który Włochów doprowadził do dwóch mistrzostw świata, w 1934 i 1938. Może byłoby i kolejne, trzecie, a tym samym zdobyta na własność Złota Nike w 1950, ale bez graczy Torino to było niemożliwe. Zresztą rok po katastrofie na brazylijski mundial Squadra Azzurra nie poleciała, a popłynęła statkiem ze względów bezpieczeństwa…
Bramka za bramką
Kiedy tata zginął, Sandro, właściwie Alessandro, był małym chłopcem, miał niespełna 7 lat. Jego młodszy brat Feruccio (też potem zawodowy piłkarz) miał ledwie cztery latka. Cała Italia i futbolowy świat były pogrążone w żałobie. Chłopakami zaopiekował się przyjaciel Valentino z reprezentacji, Benito Lorenzi, który debiutował w narodowych barwach właśnie u boku jednego z najlepszych piłkarzy w historii calcio. A także w historii Grande Torino, czyli mistrzów Włoch w latach 1943, 1946-49, którzy w sezonie zdobywali i ponad sto goli!
Pierwsze wzmianki o talencie Sandro, rocznik 1942, zaczęły się ukazywać pod koniec lat 50. Potem grający w ataku chłopak pokazał się na turnieju UEFA w Portugalii w 1961 roku, gdzie polskie Orlęta – z takim graczami w składzie, jak Zygfryd Szołtysik, Jerzy Musiałek czy Janusz Żmijewski – wywalczyły drugie miejsce.
Debiut w lidze wielkiego Interu na początku lat 60. miał niecodzienny. Helenio Herrera, słynny trenerski „Mag”, desygnował nastolatka do gry w starciu z Juventusem 10 czerwca 1961, które zakończyło się wygraną Starej Damy aż 9:1! Honorowego gola dla Nerazzurrich zdobył właśnie 18-latek. Dlaczego taki wynik?
Mecz był powtórką wcześniejszego pojedynku z kwietnia 1961, który przerwano z powodu tłumu na bieżni San Siro. Początkowo przyznano walkower dla Interu (2:0), jednak włoska federacja zdecydowała o powtórzeniu spotkania. W ramach protestu przeciwko tej decyzji prezes Interu Angelo Moratti wystawił do gry drużynę składającą się wyłącznie z juniorów. Młodzi piłkarze z Mediolanu nie byli w stanie dorównać Juve, co doprowadziło do hokejowego wyniku i pogłębiło wieloletnią wrogość między klubami.
Potem Sandro stał się graczem numer 1 Interu. Zdobył z nim cztery mistrzostwa Włoch, a przede wszystkim dwa Puchary Europy. W finale poprzedniczki Champions League 27 maja 1964 roku na stadionie w Wiedniu dwa razy pokonał bramkarza Realu Madryt, a Mediolańczycy wygrali 3:1. Był najlepszym strzelcem tamtych rozgrywek razem z Ferencem Puskasem, po 7 bramek. Rok później Inter wygrał finał u siebie, na San Siro, z Benfiką Eusebio 1:0. W sezonie 1964/65 był zresztą z 17 golami królem strzelców Serie A.
Wierzył w Bońka
Reprezentacja? Zadebiutował w niej prawie 14 lat po tragedii na turyńskim wzgórzu, gdzie zginął jego ojciec. 12 maja 1963, też na San Siro, zagrał przeciwko ówczesnym mistrzom świata Brazylijczykom i w starciu z Canarinhos wygranym 3:0 zdobył debiutanckiego gola, pokonując słynnego Gilmara. Potem były mistrzostwo Europy w 1968 i wicemistrzostwo świata w 1970. Łącznie w narodowych barwach zanotował 70 występów, 22 bramki. Piękna kariera na wszystkich frontach, także... po jej zakończeniu. Był dyrektorem sportowym w „swoim” Interze, ale też w klubie ojca, czyli w Torino. Z tym drugim we wrześniu 2002 roku nieoczekiwanie przyjechał do… Bielska-Białej! Okazja była jednorazowo, Bielsko, wiadomo, przez dziesiątki lat było miastem Fiata. Tak też było jeszcze na początku wieku. Z okazji 80-lecia BKS-u Stali Bielsko-Biała zorganizowano ciekawy turniej. Grali gospodarze, Ruch Chorzów, Zagłębie Sosnowiec i sensacyjnie AC Torino w najsilniejszym składzie. Przyjechał uczestnik azjatyckich mistrzostw świata Yksel Osmanovski, był bramkarz reprezentacji Włoch Luca Bucci, był Marco Ferrante.
Drużyna z Piemontu w półfinale wygrała z BKS-em, a w drugiej parze trzecioligowe Zagłębie pokonało niespodziewanie Ruch. W finale Torino pokonało Sosnowiczan 2:0. Mazzola był wtedy dyrektorem klubu. Rozmawiałem z nim m.in. na temat ówczesnego selekcjonera Biało-czerwonych Zbigniewa Bońka – był nim od lipca do grudnia 2002 roku, ledwie w pięciu meczach... Wtedy tego jeszcze nie wiedzieliśmy, a Mazzola tak mówił o byłym piłkarzy Juventusu i Romy.
– Boniek to inteligentny człowiek z międzynarodowym doświadczeniem. Ma w ręku wszystkie atuty i może sprawić, że wasza reprezentacja wróci do elity – tak się oczywiście nie stało…
Pytany o bielski turniej, mówił zaskoczony. – Słyszałem, że w Polsce gra się ciężki, atletyczny futbol. Tymczasem obie drużyny, z którymi graliśmy, pokazały spore umiejętności techniczne. Jest to dla mnie miła niespodzianka – mówiła wielka futbolowa persona. Dodajmy, że mimo piłkarskich gwiazd i niskich cen biletów (10 złotych) na starym stadionie przy Rychlińskiego zasiadło ledwie tysiąc kibiców.
Ciao Sandro!
Sandro Mazzola zmarł w sobotę 19 września. Żegnały go tłumy nie tylko kibiców Interu, bo sympatię zaskarbił sobie u tifosi na całym Półwyspie Apenińskim. Elegancki na boisku, a także poza nim, z nieodłącznym wąsikiem. „Pomocnik, który został przemieniony w napastnika przez „czarodzieja” Helenio Herrerę” – pisały w tygodniu włoskie media, przypominając jego sylwetkę. „Ciao Sandro” – powiedział honorowy prezes Interu Massimo Moratti i dodał. – Dołączasz do mistrzów Grande Inter.
Michał Zichlarz
ALESSANDRO „SANDRO” MAZZOLA
◾ Data urodzenia: 8 listopada 1942 r.◾ Data śmierci: 19 września 2026 r.
◾ Pozycja na boisku: napastnik
◾ Kariera: Inter Mediolan (przez całą karierę!)
◾ Reprezentacja Włoch : 70 meczy/22 bramki
◾ Sukcesy: mistrzostwo Europy (1968), wicemistrzostwo świata (1970), cztery mistrzostwa Włoch (1963, 1965, 1966, 1971), dwa klubowe Puchary Europy (1964, 1965), dwa Puchary Interkontynentalne (1964, 1965)
◾ Sukcesy indywidualne: król strzelców Serie A (1965), najlepszy strzelec rozgrywek o Puchar Europy (1963/64), drugiej miejsce w Złotej Piłce (1971, za Johanem Cruyffem), miejsce w jedenastce ME 1968
Tysiące kibiców pożegnało Sandro Mazzolę przed mediolańską bazyliką Sant'Ambrogio. Fot. PAP/EPA
Autograf od wielkiego mistrza to coś szczególnego. Fot. Michał Zichlarz