Jak Raphinha i Yamal

Patrząc na grę spadkowicza, kwestią czasu wydaje się, aż zespół z Trójmiasta wskoczy do strefy bezpośredniego awansu. Może już w sobotę?

Gdy Artur Szach dotyka piłki, dzieją się cuda. Fot. Piotr Matusewicz/Press Focus

LECHIA GDAŃSK

Trudno sobie wyobrazić, aby ostatnia w 1. lidze Puszcza – mimo gry u siebie – postawiła się rozpędzonym gdańszczanom. Powiedzieć, że gra Lechii może się podobać, to... nic nie powiedzieć. Co prawda w serii czterech zwycięstw aż trzy przyszły „stykowym” wynikiem 2:1, ale nikt nie odbierał im miana zasłużonych. No i było też zdemolowanie aż 7:1 Stali Mielec, które miało jednego bohatera.

Szach (i mat) prosto z Karpat

Chociaż ten bohater bohaterem jest... właściwie co kolejkę. Gdy Lechia wypożyczyła z Karpat Lwów Artura Szacha, od razu mówiło się, że to całkiem interesujący transfer. Nikt jednak nie spodziewał się, że to będzie aż taki grajek! Ruch Chorzów zapewne dziękuje Bogu, że Ukrainiec w spotkaniu na Stadionie Śląskim dopiero debiutował w nowej drużynie jako rezerwowy (choć wszedł już w pierwszej połowie). Tamten mecz był ostatnim, gdy Lechia była jeszcze rozklekotana i łatana nastolatkami czy wręcz dziećmi. 

Był to jedyny występ Szacha, w którym nie zanotował „liczby”. Potem? Zawsze coś! Albo gol, albo asysta. W sumie w 8 występach ma ich więc kolejno 6 i 5, choć początkowo wydawało się, że będzie miał też jeszcze jedną bramkę więcej. W derbach Trójmiasta to po jego strzale padł pierwszy gol, ale gdyby nie rykoszet Javiego Domingueza, trafienia by nie było – stąd samobój. 

Pirotechnika jak... alarm?

– Kevin Dodaj próbował strzelić, bramkarz Arki odbił piłkę. Zawsze na treningach pracujemy tak, że staram się czekać na odbitą futbolówkę i być jak najbliżej bramki. Wyczułem ten moment, podbiegłem i uderzyłem tak, aby trafić. I tak się stało – mówił Szach. Pomocnik przyznał, że jeszcze nigdy nie grał przed tak wielką, niemal 40-tysięczną publiką, ale nie stanowiło to dla niego presji, tak jak i problemem nie były liczne przerwy wywołane przez pirotechnikę. – Na Ukrainie były alarmy przeciwbombowe i mecze też przerywano – wzruszył ramionami.

Gdzie ta granica?

21-letni reprezentant ukraińskiej młodzieżówki w Karpatach wystąpił 63 razy – z czego 45 razy w rodzimej ekstraklasie. Wykazywał wielki talent, ale nie potrafił go odpowiednio „skonsumować”. Niemal nie dawał goli i asyst, podczas gdy w Polsce tylko meczem ze Stalą Mielec pobił cały swój ukraiński dorobek! Pablo Rodriguez i udział przy pięciu golach z Koroną Kielce? Szach był pierwszy! 

- To był mój najlepszy mecz w karierze, choć jego początek nie był zbyt udany. Mając 16 lat, raz udało mi się strzelić trzy gole, ale było to jeszcze w lidze młodzieżowej na Ukrainie. Chcę dalej robić swoje, ciężko pracować i grać dobrą piłkę. To także kwestia psychiki, ale mam nadzieję, że to jeszcze nie jest moje maksimum – mówił ofensywny pomocnik po hat tricku i dwóch asystach. 

– Wciąż nie wiemy, gdzie leży jego granica możliwości. Na Ukrainie nie stwarzał zbyt wielu sytuacji pod bramką rywala. Częściej szukał podania albo próbował minąć przeciwnika dryblingiem. Teraz moją rolą jest zadbać o to, żeby nie zachłysnął się tym, co już osiągnął – mówił trener Lechii Władysław Łupaszko.

Idol? Lionel Messi

– Nie zakładałem, że po przyjeździe tutaj wszystko będzie łatwe. Wiedziałem, że zespoły grają tu w bardzo szybkim tempie, a przejścia z ataku do obrony i odwrotnie są niezwykle dynamiczne. Zdawałem sobie sprawę, że będę musiał dostosować się do tego stylu, bo futbol na Ukrainie wygląda trochę inaczej. Szczerze mówiąc, początkowo było mi bardzo trudno, szczególnie pod względem fizycznym – mówił nowy gwiazdor 1. ligi, najlepszy piłkarz września, który wysoko zawiesza sobie poprzeczkę. – Gdy byłem dzieckiem, bardzo podobał mi się Leo Messi. Teraz najbardziej podobają mi się Raphinha i Lamine Yamal. Staram się ich jakoś dogonić, ale... to bardzo trudne – uśmiechnął się Szach.

Piotr Tubacki


Odblokuj publikację i korzystaj bez ograniczeń

Kupuję

Masz już dostęp? Zaloguj się