Każdy jest kowalem swego losu

POWRÓT DO KORZENI, cotygodniowy felieton Michała Listkiewicza

O, to się porobiło... Legendarny tenisista Andre Agassi w niszowym kanale telewizyjnym reklamuje noże do krojenia cebuli. Zwyczajny człowiek, czekający co miesiąc na wypłatę pensji, uważa, że gwiazdy sportu w czasie kariery zarabiają tyle, by starczyło im do końca życia. Tak to nie działa. Jedni rozsądnie zainwestowali, prowadzą unormowane życie, znajdują nowe pasje, niekoniecznie sportowe. Inni przehulają każde pieniądze, nawet takie dla zwykłego śmiertelnika niewyobrażalne. Hazard, alkohol czy przelotne romanse czyszczą konto niezawodnie. Swoje dokładają też partnerki, zwane powszechnie WAGS (żony i przyjaciółki sportowców), przeważnie malowane lale bez większych ambicji – poza finansowymi.

Ostatnio fala hejtu zalała mądrą i sympatyczną żonę zdobywcy Złotej Piłki Harry'ego Kane'a. Ta nieco pulchna kobieta, przypominająca typową gospodynię domową, sprowokowała samą swoją obecnością internetowych idiotów do kpin i zaczepek. A takich prymitywów przybywa, niestety, w postępie geometrycznym. Ich zdaniem wybitny sportowiec powinien mieć u boku typową słodką idiotkę z gatunku WAGS, a nie mądrą partnerkę na dobre i na złe.

Swego czasu wymyślono nieznaną wcześniej kategorię Miss Euro (piłkarskiego). W 2012 roku wygrała Natalia Siwiec, znana z burzliwych związków z kilkoma piłkarzami. Fakt, że urodziwa. Od tamtej pory panna Natalia robi furorę w przestrzeni publicznej na zasadzie „znana z tego, że jest znana”.

Zarobione na boisku pieniądze wzorcowo pomnożyli wybitni reprezentanci Polski, choćby Marek Koźmiński, gigant na rynku nieruchomości, oraz Jerzy Dudek, celebryta prawdziwy, a nie udawany, przy okazji wytrawny golfista. O przykładach negatywnych z racji pozaduszkowego nastroju nie będę dziś wspominał. Wyjątek uczynię tylko dla Wojciecha Kowalczyka, strzelającego gafę za gafą, a jego ostatnia propozycja deportowania czarnoskórego piłkarza Radomiaka to przejaw rasizmu najgorszej próby. A już inwektywa „czarna małpa” dyskwalifikuje cwaniaczka z Bródna jako partnera do jakiejkolwiek rozmowy.

W kinach już reklamują film fabularny o Adamie Małyszu, na ekrany wejdzie zimą. Ciekaw jestem, jak spędzone w treningowym reżimie życie mistrza narciarskiej skoczni pokaże reżyser, którego żywiołem jest ekranowa fikcja, a nie proza życia. Czy znajdzie się miejsce dla złożonej relacji Małysza z dawnym nauczycielem, później szefem, a dziś adwersarzem, Apoloniuszem Tajnerem?

Ja z moimi poprzednikami na stanowisku prezesa PZPN: Kazimierzem Górskim, Jerzym Domańskim i Marianem Dziurowiczem, oraz następcami,Grzegorzem Lato i Zbigniewem Bońkiem, żyłem w przyjaźni. Fakt, że czasami szorstkiej z niektórymi. Chętnie wybiorę się do kina na „Adama” w towarzystwie byłego (Małysz) i obecnego (Tajner) prezesa Polskiego Związku Narciarskiego, a po seansie zaproszę ich na herbatę z nadzieją, że zakopią topór wojenny.

Bez wątpienia pod pewnymi względami Marek Papszun to polski José Mourinho. Ma podobny do słynnego Portugalczyka talent do prowokowania, ironizowania, szyderstwa. Nie są to przytyki w złym guście, wulgarne czy raniące. Inteligencji emocjonalnej nikt trenerowi Legii nie odmówi. Jego uwagi służą określonemu celowi, z lekkim mobbingiem w tle. Papszun doskonale wie, że jego propozycje nie mają szans na realizację w dającej się przewidzieć przyszłości, ale przecież nie o to mu chodzi. Raczej o opinię reformatora, krytyka, środowiskowego mędrca.

Ostatni pomysł trenera Marka to reforma rozgrywek o Puchar Polski, polegająca na rozstawieniu drużyn ekstraklasowych. Argument o rzekomej kompromitacji klubów z niższych lig na arenie europejskiej jest słaby, skoro Legia w ogóle się na nią nie dostała, a inni polscy pucharowicze zbierają baty aż (nie)miło. Najpierw trzeba sobie poradzić z Siarką Tarnobrzeg, Górnikiem Łęczna, Avią Świdnik, Polonią Środa Wielkopolska i Sokołem Kleczew, by marzyć o konfrontacji z tuzami ligi angielskiej czy niemieckiej. Nie wierzę w teorie spiskowe o podgrzewanych kulkach. Faktem jest, że losowanie ćwierćfinałów PP wypadło dla nielicznych już w tym gronie klubów Ekstraklasy bardzo korzystnie. Uniknęły grania przeciwko sobie. Czyżby czary-mary Marka Papszuna podziałały?

Odszedł starszy o kilka minut brat Kazimierza, Józef Lipień. Bliźniacy z Dębicy sprawili, że nawet monokulturowi kibice piłkarscy zaczęli się interesować zapasami. Pamiętam, jak w szkole na cuchnących materacach siłowałem się z cięższymi kolegami. Też chciałem być jak jeden z Lipieniów. Na szczęście szybko mi przeszło, więc nie dorobiłem się uszu jak kalafiory wskutek szorowania nimi po zapaśniczej macie. Do historii światowego sportu przeszły finały mistrzostw świata w Teheranie w 1973 roku, gdy Józef i Kazimierz walczyli równolegle o złoto na sąsiednich matach. Jeden poczekał ze świętowaniem medalu, aż drugi też go zdobył. Byli jak dwie krople wody i takimi pozostaną w naszej pamięci.

W ramach cmentarnych peregrynacji odwiedziłem grób Władysława Szczepaniaka, legendarnego obrońcy piłkarskiej reprezentacji Polski. Jako jedyny grał w biało-czerwonych barwach przed drugą wojną światową i już po jej zakończeniu. Wsławił się pojedynkami ze słynnym Brazylijczykiem Leonidasem na mundialu w 1938 roku. Plotka głosiła, że Leonidas grał na boso, ale pan Władysław sprostował, że po prostu rywalowi spadł but, a że miał akurat piłkę przy nodze, to popędził z nią i dośrodkował, a buta po chwili założył.

Na emeryturze zaproponowano Szczepaniakowi rolę konsultanta drugoligowej Polonii Warszawa, w której spędził całe sportowe życie. Pan Władek obejrzał mecz i skonstatował, że trzeba więcej grać korytarzami łącznikowymi. Sprawdzono, że to przedwojenne pojęcie związane z systemem WM, ale takiej legendzie nikt nie śmiał zwrócić uwagi. Dziś komentatorzy bajdurzą o fałszywej dziewiątce, średniej strefie, szukaniu głębi, ale żaden z nich nie jest Szczepaniakiem. To był zresztą czarujący człowiek. Gdy jako początkujący dziennikarz przeprowadzałem z nim wywiad dla „Sportu” w jego mieszkaniu na Ochocie, to na odchodne wręczył mi kopę świeżych jaj, gdyż pracował w Centrali Przemysłu Drobiarskiego. Młodym Czytelnikom wyjaśniam, że kopa to sześćdziesiąt.

Coraz częściej odbywają się referenda o odwołanie lokalnych włodarzy miast i gmin. A gdyby tak zapytać kibicowski lud o zdanie na temat prezesów związków sportowych? To byłby ciekawy eksperyment, ale dla wielu działaczy bardzo ryzykowny.

 Bez wątpienia pod pewnymi względami Marek Papszun to polski Jose Mourinho. Ma podobny do słynnego Portugalczyka talent do prowokowania, ironizowania, szyderstwa... Fot. PAP/Jarek Praszkiewicz


Odblokuj publikację i korzystaj bez ograniczeń

Kupuję

Masz już dostęp? Zaloguj się