Model portugalski, brazylijskie atuty
Braterski duet z Armenii przybliża mocne i słabsze strony czwartkowego rywala Jagiellonii.
Sandro Lima (nr 91) na europejskich boiskach jest w tym sezonie skuteczny. Obok (nr 11) inny zagraniczny gwiazdor Araratu-Armenii, Zidane Banjaqui, reprezentant Gwinei Bissau. Fot. SPP/SIPA USA/PressFocus
Skrzydłowego Agwana Papikjana mogą pamiętać wierni kibice ŁKS-u – zagrał w jego barwach osiem gier w ekstraklasie, a po polskich boiskach biega do dziś (choć miał przerwę na występy w drugiej ojczyźnie). Karierę jego brata Wołodii przerwała kontuzja, ale armeńską piłkę śledzi nawet uważniej od Agwana: jest bowiem licencjonowanym agentem FIFA. Kilka lat wstecz miał swój udział w pierwszym w historii awansie tamtejszej drużyny do fazy grupowej europejskiego pucharu (Ligi Konferencji); w Alaszkercie Erewań grali jego „podopieczni”: Czarnogórzec Dejan Boljević, Jose Embalo z Gwinei Bissau, no i oczywiście Agwan, który do tej drużyny przeniósł się z Araratu.
Poprzeczka będzie wysoko
– Miałem w tamtym okresie okazję zagrać parę razy przeciwko Araratowi-Armenii, zazwyczaj z nim wygrywaliśmy – mówi nam Agwan. Dla tych, którzy mogą się w zawiłościach klubowych pogubić, dodajmy, że Ararat (ten, w którym grał) to klub z 90-letnią już tradycją, mistrz ZSRR i ćwierćfinalista Pucharu Europy Mistrzów Krajowych. Z Araratem-Armenią, tworem ostatniej dekady i dzisiejszym rywalem Jagiellonii, nie ma nic wspólnego. – Już wtedy, sześć-siedem lat temu, Ararat-Armenia był klubem organizacyjnie przewyższającym zdecydowanie większość klubów w kraju. Awans do fazy ligowej Ligi Europy – pierwszy w historii armeńskiej piłki – nie był przypadkiem. To efekt konsekwentnej budowy drużyny. Dobrej drużyny, która Jadze może wysoko zawiesić poprzeczkę. Ma niezłych piłkarzy w składzie, również zagranicznych – dopowiada Agwan Papikjan.
Moc ze skrzydeł
– Alaszkert był pierwszy w Lidze Konferencji, potem Pjunik Erewań, ostatnio Noah, która potrafiła nawet ograć Legię i z fazy ligowej awansowała do 1/16 finału. Poziom klubowej piłki armeńskiej wzrasta, a te sukcesy napędzają zainteresowanie kibiców, ale i młodych chłopaków, mocniej garnących się do piłki – dopowiada Wołodia Papikjan. Rodzimych talentów w zespole nie brak. Ten najważniejszy to oczywiście Artur Serobyan, który od lutego będzie piłkarzem Lechii. – Już dwa razy próbował swych sił poza Armenią. W portugalskim Casa Pia zupełnie mu nie poszło. Nieco lepiej wyglądał w mołdawskim Sheriffie Tiraspol, ale dopiero po powrocie do kraju na dobre wziął się w garść, wiedząc, nad czym musi pracować. Jak na skrzydłowego nie jest może megaszybki, natomiast wygrywa dużo pojedynków jeden na jeden i ma fajne uderzenie z lewej nogi. Potrafi zrobić różnicę – reklamuje rodaka Wołodia. – Po drugiej stronie biega Żirajr Szagoyan – też na razie z nieudanymi epizodami zagranicznymi w CSKA Sofia i w Debreczynie. Ale wciąż ma w Armenii status talentu. Tyle że musi nad sobą popracować. Nie zmienia to faktu, że Ararat-Armenia – wobec swej niechęci do ataku pozycyjnego – właśnie na tych chłopaków może liczyć przy szybkich kontrach.
Technika i szybkość
W ekipie z Erewania uwagę zwraca też spora grupa obcokrajowców. Niekoniecznie tych z wysokiej półki, bo przecież – jak podkreślają nasi rozmówcy – Armenia nie jest wdzięczną przystanią dla futbolowych gwiazd. Ale brazylijscy trzydziestoparolatkowie dają radę nawet na niwie międzynarodowej. – Sandro Lima postrzelał trochę w lidze tureckiej i portugalskiej, a teraz, w wieku 35 lat, wciąż jeszcze potrafi nazbierać trzy trafienia w eliminacjach Ligi Mistrzów i dorzucić kolejne w dwumeczu o Ligę Europy. A potrafi nie tylko strzelić, ale też utrzymać się przy piłce, rozegrać do boku, pognać do przodu w kontrze. Jego rodak Franca to też ciekawy zawodnik. Generalnie Ararat-Armenia ma „portugalską filozofię”: trener jest z Portugalii, dyrektor sportowy też, w polityce personalnej duży nacisk kładzie się na piłkarzy z Ameryki Południowej i Afryki. Stawiają więc w klubie na technikę i na szybkość – opowiada nam Wołodia.
Zgubione krycie i brak asekuracji
Oczywiście nie jest też tak, że przeciwnik Jagiellonii to wyłącznie same plusy; nie „dopchał się” przecież do Ligi Mistrzów, mimo przejścia dwóch rund. – Na pewno dyscyplina taktyczna jest na niższym poziomie. Nie zawsze też skupienie graczy jest stuprocentowe. Potrafią się czasem wyłączyć na dłuższą chwilę, co od razu daje rywalom możliwość stworzenia groźnej sytuacji – dopowiada starszy z braci Papikjan. – Właśnie te momenty spowodowały, że przegrali ze Slavią 1:4, nie będąc aż tak drastycznie słabsi. Za dużo pojawiło się natomiast błędów indywidualnych, taktycznych: gdzieś ktoś zgubił krycie, ktoś nie doskoczył, nie zaasekurował... – wyjaśnia. Kluczem do dobrego wyniku powinna być – jego zdaniem – szybko zdobyta bramka. – Jak mówiłem, atak pozycyjny nie jest mocną stroną armeńskiej drużyny. Po ewentualnej stracie bramki będzie jej trudno coś zbudować – kończy Wołodia Papikjan. Przy pytaniu o to, kto wygra, zachowuje natomiast pełną dyplomację. – Niech wygra lepszy – odpowiada z uśmiechem.
Dariusz Leśnikowski