Najpiękniejsza reklama

W czasie, gdy na polskich torach zapadały kluczowe rozstrzygnięcia ligowe, Czesi mieli swój tradycyjny „Speedway Weekend”, czyli cztery dni na czarnym torze.

Sześć imprez sportowych w cztery dni - w Czechach tradycyjnie nudy nie było. Fot. Mariusz Rajek

Mariusz Rajek z Czech


Pierwsze trzy w Pardubicach (kolejno: finał mistrzostw Europy, Zlata Stuha, Zlata Prilba) i na deser Memoriał Luboša Tomíčka w Pradze. Na „dopchanie” w poniedziałek (5.10), ale jest to kwestia bardzo dobrze przemyślana – wracający do domu fani z Niemiec lubią zatrzymać się po drodze w czeskiej stolicy, wypić kilka piw więcej i zobaczyć jeszcze jedne zawody.

Janowski w piątek, Pawełczak w sobotę

Choć Polacy ściganie w Czechach przeważnie traktują z lekkim dystansem, to tym razem nasi zawodnicy odegrali tam czołowe role. W piątek Maciej Janowski wygrał ostatnią rundę SEC (do biegu dodatkowego o złoto zabrakło mu jednego punktu), a promotor cyklu Grand Prix postanowił docenić jego ambitną postawę, przyznając mu pierwszą ze stałych „dzikich kart” na sezon 2027. W sobotę Maksymilian Pawełczak okazał się najlepszy w juniorskim turnieju o Zlatą Stuhę (Złotą Wstęgę).

– Czy byłem faworytem? Aż tak bardzo bym nie wybiegał, stawka była mocna, fajnie, że udało się wygrać. Przed rokiem byłem drugi, więc jest jakiś postęp. Do Pardubic zawsze przyjeżdżam z uśmiechem, bardzo lubię ten tor, tu jest zawsze fajne ściganie, do tego w szóstkę, a to dodatkowo coś nowego. Patent jest taki, że trzeba wygrać start, czyli jak wszędzie, pod taśmą staje po prostu dwóch zawodników więcej. Na tak szerokim torze ściganie jest lepsze niż normalnie w czwórkę – mówił nam po sobotnich zawodach, dając nadzieję na niezły występ w niedzielnej Prilbie.

Tam Pawełczak bardzo dobrze zaczął, ale potem nie posłuchał ani swojego taty, ani mechaników, którzy sugerowali mu zejście niżej z przełożeniami, i skończył zmagania na półfinale, czyli poza najlepszą dwunastką.

„Sport” trudny do kupienia

Niedziela i poniedziałek były już wewnętrzną sprawą lokalnego matadora Janka Kvecha oraz Andrzeja Lebiediewa. W Zlatej Prilbie najlepszy okazał się mający za sobą bardzo udany sezon Czech. Choć żużel u naszych południowych sąsiadów nie jest sportem nawet średnio popularnym (najlepiej oddaje to brak jakiejkolwiek wzmianki o turnieju w sobotnim wydaniu czeskiego „Sportu”, co można uznać wręcz za skandal!), to ekstaza radości kilkunastu tysięcy fanów po tym, jak na dystansie śmiałym atakiem po wewnętrznej Kvech wyprzedził prowadzącego Łotysza (mógł być wyjątkowo zdenerwowany, bo finał z powodu upadków na pierwszym łuku rozgrywano na trzy razy, a zawodnik Falubazu za każdym razem najlepiej wychodził spod taśmy!) robiła naprawdę niesamowite wrażenie.

W poniedziałek „Sport” pewnie ten triumf odnotował, ale nie mogliśmy sprawdzić tego empirycznie, bo zakup papierowych gazet w Pradze stanowi jeszcze większy problem niż w Polsce! Po odwiedzeniu siedmiu punktów autor tego tekstu się poddał.

Wracając do ścigania – Lebiediew zrewanżował się Kvechowi w poniedziałek w Pradze, ale jak powiedział nam po zejściu z podium, zdecydowanie wolałby odwrotną konfigurację: – Śmiało! Mogę Jankowi oddać to zwycięstwo, żeby miał hat-tricka (zawodnik ROW-u triumfował w sezonach 2024 oraz 2025 – dop. red.).

Memoriał Tomíčka na pewno takiego prestiżu jak Prilba nie ma, poza tym tutaj Łotysz już wygrywał, bo Francis Gusts był najlepszy w 2021 roku. Niemniej siedziało we mnie, że Honza dzień wcześniej strzelił mnie w tym finale po trasie. Dużo kombinowałem, żeby na jego torze w Pradze wziąć taki rewanż – mówił nam Lebiediew.

Prilba cenniejsza od… mistrzostwa świata?!

– Ktoś powie, że to jakiś tam kask, zwykły turniej, a ja tak nie uważam. To wyjątkowe trofeum i od dziecka chciałem je zdobyć. Chciałbym być pierwszym Łotyszem, który ubierze Prilbę na głowę i postawi ją w domu w swojej kolekcji – mówił nam żużlowiec, który w Ekstralidze reprezentuje Zielonogórzan, gdy zapytaliśmy go o znaczenie Prilby, i po chwili dodał: – Turniej niesamowity! To jest całe piękno żużla. Dwadzieścia tysięcy ludzi na trybunach, a pamiętajmy, że to bardzo duży stadion. Do tego ta piękna pogoda, to była najlepsza promocja żużla, jaką można sobie wyobrazić. Kto się wybrał w tym roku do Pardubic, to wsiąknął w to całkowicie.

Coś niesamowitego. Atmosfera tego turnieju jest taka, że to najcenniejszy wynik w mojej dotychczasowej karierze. Jak miałbym powiedzieć, ile to dla mnie znaczy, to stwierdzam, że to coś podobnego jak mistrzostwa świata – po Tomíčku wtórował Lebiediewowi Kvech, który zdradził nam, że wygrana dzień wcześniej odebrała mu ogrom sił i energii.

– Adrenalina i emocje były tak ogromne, że nawet nie mogłem nic zjeść – mówił zawodnik, który dostarczył organizatorom mistrzostw świata sporo argumentów za tym, aby otrzymać jedną z pozostałych trzech wolnych dzikich kart. – Nie zakwalifikowałem się w Challenge’u, więc nie mogę nic powiedzieć w tym temacie. Miałem dwie szanse, bo jeszcze startowałem w SEC. Jeśli nie dostanę dzikiej karty, to za rok znów spróbuję w eliminacjach. Oczywiście, jeśli ją dostanę, to będę się bardzo cieszył. Nie mam na to jednak wpływu. Skupiam się na tym, co mogę, będzie, co ma być.

Hokej musi być

Łotysz słynie z tego, że jest zagorzałym fanem również innych sportów, szczególnie tych, w których biorą udział jego rodacy. Kiedyś w jednej z rozmów w Częstochowie przyznał nam, że namówił Vladislavsa Gutkovskisa do pójścia na żużel, gdy ten był napastnikiem Rakowa. Od futbolu woli jednak hokej oraz koszykówkę, a tak się złożyło, że w niedzielę w Pardubicach po 78. edycji najstarszego turnieju żużlowego na świecie rozgrywany był hitowy mecz czeskiej ekstraklasy hokejowej pomiędzy Dynamem a Spartą Praga (6:4).

– Kurczę, przegapiłem to w terminarzu! Byłem bardzo skupiony na zawodach i mi to uciekło. Jakbym wiedział, może udałoby się podjechać na halę? – odparł nam wyraźnie rozemocjonowany. – Uwielbiam oglądać hokej. Teraz będzie czas wstawania w nocy, bo zaczął się nowy sezon NHL, z dużą liczbą Łotyszy, którym udało się przebić do najlepszej hokejowej ligi na świecie, więc będzie co robić – dodał, a gdy go zapytaliśmy, czy nie jest mu trochę przykro, że sezon żużlowy jest już na ostatniej prostej, w swoim stylu rzucił: – Słuchaj, bez żużla też jest co robić! (śmiech). Tak do stycznia nigdy za żużlem nie tęsknię. Potem kończą się różne święta i można czekać na nowy sezon. Jestem bardzo zajęty, bo przeważnie robię 60–70 imprez w sezonie, może nawet więcej. To są duże emocje, poświęcenie, także trzeba odpocząć, psychicznie również.

Czekając na Zmarzlika

Wracając jeszcze do Prilby – co ciekawe, organizatorzy do końca mieli nadzieję i trzymali miejsce na liście startowej dla Bartosza Zmarzlika. Ten dzień wcześniej ścigał się w meczu o brąz PGE Ekstraligi i Czesi liczyli, że na niedzielę zdecyduje się zawitać do nich i powalczyć o prestiżowe trofeum, którego w swojej kolekcji jeszcze nie ma. Korzyści odnieśliby wszyscy – Prilba jeszcze bardziej zyskałaby na prestiżu, 6-krotny mistrzostwa świata (lub: szesnastokrotny / w oryginale: 6-krotny mistrz świata) mógłby zabrać do domu trofeum (byłby bezapelacyjnym faworytem do wygranej), start w imprezie o tak unikatowej formule z pewnością byłby dla niego też wartościowym doświadczeniem, a kibice z Polski dostaliby dodatkowy magnes, aby pojawić się na trybunach.

Ostatecznie Zmarzlika zabrakło, a jego miejsce zajęła Hannah Grunwald. Czy warunki finansowe zaproponowane przez czeskich organizatorów okazały się zbyt słabe, czy Bartek chciał już odpocząć po intensywnej końcówce sezonu? Tego już się nie dowiemy, ale na pewno szkoda. Kolejna okazja dopiero za rok…

Odblokuj publikację i korzystaj bez ograniczeń

Kupuję

Masz już dostęp? Zaloguj się