Niech trybuny dodadzą nam skrzydeł
Rozmowa z Karoliną Kochaniak, czołową rozgrywającą reprezentacji Polski
Karolina Kochaniak twierdzi, że mistrzostwa Europy w Polsce będą dla niej niesamowitym przeżyciem. Fot. Łukasz Laskowski/PressFocus
Niespełna miesiąc temu, podczas towarzyskiego meczu ze Słowenią w czeskim Chebie, została pani popchnięta przez rywalkę i podkręciła prawą kostkę. Jak teraz z pani zdrowiem?
- Wszystko jest OK. Uraz był bolesny, ale na szczęście nie okazał się groźny.
Mimo wszystko pani staw skokowy okala stabilizator...
- Tak, ale on mi towarzyszył już wcześniej. Jak już powiedziałam, była to drobna kontuzja, jestem już w pełnym treningu i biorę udział w meczach. W momencie upadku nie czułam wielkiego strachu, bo wiedziałam, że ta kostka była lekko uszkodzona... Z kostką jest так, że jak się ją raz skręci, to później taki uraz powraca. Nie miałam jednak obaw, że to coś poważnego. Opuchlizna się jednak pojawiła, więc żeby nie ryzykować pogłębienia kontuzji, przeciwko Czeszkom i Norweżkom nie zagrałam.
Jak długa była przerwa w treningach?
- Nie pamiętam dokładnie, ale mecz ze Słowenią był we wtorek, więc do końca tygodnia odpoczywałam. Na początku kolejnego – już w klubie – trenowałam nieco lżej, korzystałam z opieki fizjoterapeuty, ale w weekend byłam gotowa do gry.
Od początku sezonu jest pani zawodniczką Corony Brasov. Jak się pani odnajduje w lidze rumuńskiej?
- Myślę, że coraz lepiej. Ważny był początek. Musiałam się zaadaptować do otoczenia, poznać trenera, koleżanki, miasto, kraj, ligę; to wszystko było dla mnie czymś nowym. Potrzebowałam czasu, żeby się z tym wszystkim oswoić, jednak wszystko zmierza w dobrym kierunku.
A jak z wynikami zespołu?
- Na razie nie są one zadowalające (w siedmiu meczach Corona zdobyła 7 punktów, zajmuje 8. miejsce – przyp. red.), ale mam nadzieję, że wkrótce ruszymy do przodu. Bierzemy udział w Lidze Europejskiej (po wyeliminowaniu Crvenej Zvezdy Belgrad Corona awansowała do 1/16 finału, trafiając na francuskie Chambray Touraine – przyp. red.) i liczę, że przebrniemy kolejną fazę, a mecze co trzy dni pozwolą nam jeszcze lepiej się zgrać.
Krąży opinia, że rumuńska Liga Națională jest jedną z najsilniejszych w Europie...
- Trudno mi powiedzieć, bo nie mam porównania z innymi ligami. Do tej pory grałam tylko w polskiej Superlidze (kolejno Pogoń Szczecin, MKS Lublin oraz Zagłębie Lubin – przyp. red.), w rumuńskiej jestem od niedawna, ale już mogę powiedzieć, że ta, w której występuję obecnie, jest mocniejsza. W każdym meczu może się wydarzyć wszystko. Na pewno jest to dla mnie nowe wyzwanie, doświadczenie, bo nadal nie wiem, czego się mogę spodziewać po poszczególnym spotkaniu. Staję naprzeciw nieznanych przeciwniczek, a w Superlidze już trochę grałam, więc znałam je na wylot.
Szatnię dzieli pani między innymi z Magdą Balsam, koleżanką z reprezentacji. Czy jej obecność jest pomocna?
- Corona to mój pierwszy zagraniczny klub i bardzo się cieszę, że jestem w nim z Magdą. Wprowadzała mnie do ligi i „sprzedawała” różne ciekawostki, więc na pewno było mi łatwiej i przyjemniej zaadoptować się w nowym środowisku.
Przejdźmy do tego, co nas czeka w pierwszej połowie grudnia. Francja, Ukraina, Wyspy Owcze to nasi grupowi rywale na mistrzostwach Europy. Są w zasięgu naszej reprezentacji?
- Zawsze wychodzę z założenia, że wszystko weryfikuje boisko. Wychodzimy na mecz, mamy 60 minut na to, żeby po tym czasie z niego zejść i być z siebie zadowolonym, zwłaszcza po zwycięstwie. Poza tym jestem zawodniczką, która przede wszystkim stosuje zasadę patrzenia na siebie. Jeżeli nie wykonamy swojej roboty, to nie ma znaczenia, kto będzie stał po drugiej stronie. Mam nadzieję, że czas, jaki pozostał nam do mistrzostw, wykorzystamy jak najlepiej. Liczę, że uda nam się dopracować wszystkie szczegóły, poprawić niektóre elementy i będziemy do tej imprezy dobrze przygotowane.
Selekcjoner Arne Senstad powiedział, że czas testów się skończył, ale mimo tego wciąż sprawdza nowe twarze...
- Jeśli ktoś w danym okresie się wyróżnia, dobrze się prezentuje, to dlaczego nie może dostać szansy? Uważam, że każda dziewczyna, która przyjeżdża na zgrupowanie reprezentacji i z dobrej strony pokazuje się na treningach, powinna dostawać minuty w meczach i udowodnić, iż może pomóc, a miejsce w drużynie narodowej po prostu jej się należy. Byłabym daleka od tego, żeby już teraz zamykać skład na mistrzostwa Europy i mówić: „nie, lista jest już zamknięta, nie dopuszczamy nikogo”. Poza tym proszę zauważyć, że trzon kadry, złożony z zawodniczek regularnie uczestniczących w zgrupowaniach, od dawna jest stały. Szukanie i powoływanie nowych jest wręcz wskazane i potrzebne, bo musi być rywalizacja. Oczywiście, zdrowa rywalizacja.
A czy fakt, że współgospodarzem Euro jest Polska, a areną zmagań Biało-Czerwonych katowicki Spodek, napędza do walki?
- Oczywiście! Gra przed własną publicznością – mam tu na myśli mecze eliminacyjne do różnych imprez czy turnieje towarzyskie – to zupełnie coś innego niż występy za granicą. Znacznie mocniej czuje się wsparcie własnych trybun, które cię wspierają i dopingują w każdej minucie. Rozegranie mistrzostw u siebie w domu będzie więc dla nas naprawdę niesamowitym przeżyciem i doświadczeniem. Mam nadzieję, że kibice chętnie przyjdą na nasze mecze i dodadzą nam skrzydeł w walce o zwycięstwa.
W najbliższą sobotę o 18.00, jeszcze nie w Spodku, tylko na znacznie mniejszej Arenie Katowice, podejmiecie Islandię. Czy to towarzyskie starcie może być namiastką tego, co się może wydarzyć w grudniu, w legendarnej hali?
- Tak. Liczę, że kibice już w sobotę tłumnie się stawią, aby nas dopingować, a my pokażemy fajną piłkę ręczną, że nasze założenia na to spotkanie zostaną zrealizowane i będzie to pierwszy, a zarazem jeden z ostatnich kroków przed mistrzostwami Europy. Życzę sobie, zawodniczkom i sztabowi trenerskiemu pozytywnego zakończenia październikowego zgrupowania.
Rozmawiał Marek Hajkowski
67 MECZÓW w biało-czerwonej koszulce rozegrała Karolina Kochaniak, zdobywając 154 bramki.