Niech żyje bal
WYMIANA KOSZULEK - cotygodniowy felieton Wojciecha Kuczoka
W 1974 roku na inaugurację meisterschaftu Maryla Rodowicz zaśpiewała o futbolu piosenkę autorstwa Jonasza Kofty, a ja dopiero teraz zrozumiałem, że to nie był jej jedyny piłkarski numer. Przecież depresyjny walc Seweryna Krajewskiego, w którym Rodowicz wywrzaskuje w refrenie słowa Agnieszki Osieckiej „Niech żyje bal!”, na Śląsku mógłby stać się kibicowską przyśpiewką afirmującą zmagania piłkarskie.
Tak oto złotą epokę polskiej kopanej wyznaczają dwa songi nieśmiertelnej Maryli – radosna przyśpiewka o tym, że „dobry mecz to piękna rzecz” witała kadrę Górskiego we Frankfurcie nad Menem, zaś melancholijna pieśń o tym, że życie to bal, na który „drugi raz nie zaproszą nas wcale”, miała premierę w czasie mistrzostw Europy '84, na które ekipa Piechniczka zakwalifikować się nie zdołała.
I od tamtej pory gramy wciąż na żałosno-żałobnej nucie tej drugiej pieśni, choć czterdzieści lat minęło jak jeden dzień, a czasy, w których Polska zdobywała medale na mundialach, są równie odległe jak obecna reprezentacja od powtórzenia tych sukcesów. Apeluję zatem do pani Maryli, cieszącej się dobrą kondycją w przeciwieństwie do naszej piłki reprezentacyjnej, aby odczarowała tę klątwę i jeszcze raz zaśpiewała coś o futbolu, fusbalu lub kulaniu balu. Nawet jeśli nie pomoże, to na pewno nie zaszkodzi – naszej kadrze zaszkodzić już bowiem nie może nic.
Jesienią zostały dwa towarzyskie mecze w przegranej Lidze Narodów (ani awansować, ani spaść niżej już nie możemy) i jeśli nie wydarzy się coś szokującego, jakaś rewolucja kadrowa przynosząca wysokie zwycięstwa po koncertowej grze, zapewne w listopadzie Jan Urban zasili poczet zdolnych szkoleniowców, którzy złamali sobie zęby na sportowym sucharze, jakim jest stanowisko selekcjonera Biało-Czerwonych. Należy mu współczuć, bo choć Urban swoje lata ma, a i w trenerskiej gablocie ma parę zacnych trofeów (chociażby za dublecik z Legią), pewnie jeszcze chciałby coś w zawodzie osiągnąć.
Tymczasem nominacja selekcjonerska to w Polsce od czterdziestu lat prawdziwy pocałunek śmierci – Łazarek, Strejlau, Apostel, Stachurski, Piechniczek, Wójcik, Janas, Beenhakker, Smuda, Nawałka, Brzęczek, Michniewicz i Santos po zakończeniu selekcjonerskiej kadencji nie zdobyli już nigdy żadnego tytułu ani pucharu (selekcjonerów tymczasowych lub epizodycznych nawet nie wymieniam). Probierz do dzisiaj odpoczywa. Wyjątki stanowili Jerzy Engel, który zdobył Puchar Cypru z APOEL-em Nikozja, i Paulo Sousa, któremu przytrafił się Superpuchar Emiratów, ale to nie są trofea zwalające z nóg swym prestiżem.
Tylko Waldemar „King” Fornalik wykazał wybitne zdolności regeneracyjne po zatruciu reprezentacją i po powrocie do ekstraklasy zdołał dokonać rzeczy absolutnie kosmicznej, zdobywając z Piastem Gliwice tytuł mistrza Polski. Śmiem twierdzić, że to była największa sensacja w historii ekstraklasy, przebijająca nawet mistrzostwo Szombierek Huberta Kostki, albowiem w 1980 roku dysproporcje finansowe w polskiej piłce klubowej nie były tak drastyczne – gliwiczanie w drodze po tytuł zdystansowali rywali posiadających wielokrotnie większe budżety.
Jak się zrobiło majstra z Piastem, to znaczy, że się potrafi oszukać przeznaczenie, nie ma misji niemożliwych, trzeba tylko cierpliwości. Tamten tytuł, a także zdobywane nad stan podia z Ruchem są żelaznym glejtem potwierdzającym warsztat Fornalika – stąd niezachwiana wiara chorzowskich kibiców w tego szkoleniowca, pomimo przeciętnego startu Niebieskich w lidze. Ruch jest w tym sezonie wprost anegdotycznie, kuriozalnie nieskuteczny i zwycięstwo w Łodzi z ŁKS-em nie zmienia stanu rzeczy – oba gole łodzianie wbili sobie sami, przy czym drugi padł po centrostrzale i rykoszecie.
Należy jednak zwrócić uwagę, że drużyny Fornalika nigdy nie szalały w ofensywie – jako były defensor ten trener swoje ekipy budował na twardych fundamentach w obronie. W piątkowy wieczór kolejne derby – tym razem Ziemi Górnośląskiej z Odrą Opole, wobec której Niebiescy w ostatnich latach byli bardzo niegościnni, wygrali starcia u siebie trzykroć z rzędu na zero z tyłu, zdobywając 9 goli – czas zatem na skalibrowanie celowników i podtrzymanie dobrej passy.
Tymczasem w poniedziałek odbędzie się bal nad bale, bo po raz siedemdziesiąty wręczony zostanie Złoty Bal do nojlepszego fusbalera, czym się szczególnie jarają dzieciaki, w tym mój nastoletni Antoś. Dla niego każdy inny werdykt niż zwycięstwo Lamine'a Yamala będzie dowodem na niekompetencję gremium jurorskiego. Młode bożyszcze fanów Barcelony jest zaiste nieziemsko zdolne i nawet prawą nóżkę ostatnio jakby podszkoliło, a jego wtorkowe popisy wobec bezradnych obrońców Galatasaray nie mogły umknąć uwadze. Gdybym dysponował swoim głosem, oddałbym go na Leo Messiego za to, jak piękny pokonał czas na mundialu, jak skutecznie opierał się przemijaniu, żegnając kadrę Albicelestes, w której zakończył karierę 208. meczem i 126. golem.
Tylko Waldemar „King” Fornalik wykazał wybitne zdolności regeneracyjne po zatruciu reprezentacją i po powrocie do ekstraklasy zdołał dokonać rzeczy absolutnie kosmicznej, zdobywając z Piastem Gliwice tytuł mistrza Polski. Fot. Rafał Rusek / PressFocus