Niepocieszenie
WYMIANA KOSZULEK - cotygodniowy felieton Wojciecha Kuczoka
Antek nie mógł zasnąć, najpierw się awanturował, potem płakał i kolejno wołał do swojego pokoju mamę, a potem mnie, abyśmy go uspokajali. Każde osobno, i każde po swojemu tłumaczyło mu, że świat się nie skończył, tylko Barcelona w końcu przegrała. Kibic dziecięcy ma obniżoną odporność na klęski swoich ulubieńców, „nic się nie stało”, narodowy truizm pocieszycielski Polaków, na niego nie działa, każda porażka ma wymiar osobisty i rujnujący, bo też i poziom utożsamienia z idolami jest silniejszy, niż rozum dorosłego to objąć potrafi. Bycie zaś fanem Barcelony, ta ospa wietrzna dzieciarni całego świata, oglądających mecze w koszulkach Yamala lub Raphinii, nie uczy godzenia się z niepowodzeniem, dzieciakom czas płynie wolniej, skoro zatem Blaugrana po raz ostatni dostała bęcki w maju, dla dziesięciolatka to są czasy zamierzchłe, nieomal przedwojenne, on już zdążył przywyknąć, że Barca to maszyna, która się zepsuć nie może i będzie wygrywała wszystkowszystkowszystko. Głaszczę tę chłopięcą łepetynę i mówię, że to meczycho z PSG tak naprawdę miało znaczenie drugorzędne, Flick chciał przyoszczędzić siły na zamiary niedzielnego sklepania dupska Realowi, taki Bernal w pierwszym składzie najlepszym dowodem, że przecież i tak wyjdą z tej grupy i dopiero na wiosnę będzie trzeba uważać, ale on płacze nadal, wszystko jak groch o ścianę.
Ostatnio tak beznadziejnie pocieszałem starego kumpla, kiedy go opuściła młoda kochanka – on przezywał żałobę nie tyle po niej, co po sobie samym – on się w niej bowiem przeglądał jak w zwierciadle odmładzającym, a teraz znowu widzi siebie w całej okazałości piwnego brzucha, siwizny na skroniach i porażonego czoła, on teraz śmierć swoją w lustrze widzi… Mówię zatem dalej Antosiowi, że co prawda Paryż dostał trzy punkty, ale było to pyrrusowe zwycięstwo, bo stracił Kvaradonę, bo ja już wieczorem widziałem, że jak gość sam zejść z boiska nie potrafi, to może być coś bardzo złego, lub najgorszego, czyli więzadło w kolanie. I opowiadam mu, jak sam zrywałem swoje, jak to boli i puchnie i traci stabilność, a potem jak długo trzeba walczyć o pełny wyprost, a potem ćwiczyć, żeby mięśnie nie zanikły, i że się to pamięta już na zawsze i lęk podświadomy zostaje, więc się nogę w sytuacjach stykowych jednak cofa, więc się traci na jakości piłkarskiej, i tak naprawdę nie wiadomo, czy kiedy Kvicha wróci, będzie tym samym piłkarzem, którym był przed kontuzją. Nie ma pociechy w cudzym nieszczęściu, Antek jest uzależniony od zwycięstw, porażka Barcy to dla niego błąd w Matrixie, świat się wykoleił. Nawet kiedy mu wyłuszczam, dlaczego to Yamal strzelił najpiękniejszą bramkę w meczu i pewnie w poniedziałek dostanie Złotą Piłkę (najpiękniejszą, bo najbardziej zaskakującą, po bezczelnym rajdzie, z bezczelnie ostrego kąta i – to już szczyt bezczelności – z czuba, ze szpica, bądź z kapy, jak się mówi w naszej śląskiej ojczyźnie), wysmarkuje łzy do chusteczki i dalej łka. I myślę sobie, jak to na tych galaktycznych ekipach wyrastają kibicowskie pokolenia płatków śniegu – wybierają sobie kluby do kibicowania i trudno mieć do nich pretensje, że trzymają za tymi, co grają najładniej i wygrywają najczęściej. Mogą śledzić ich poczynania regularnie dzięki transmisjom wszystkich lig i pucharów świata, dostają zabawki dostarczające gratyfikacji i zadowolenia, trudno im zatem pojąć, kiedy zabawka się zepsuje – i choć widzą, że nie ma na świecie drużyny, która wygrywa wszystko, wiedzę tę wypierają.
Gryzę się w język, aby nie wypowiedzieć dziaderskiej formuły: za moich czasów to nie ty wybierałeś klub, tylko klub cię wybierał. Oglądałeś tylko te mecze, na które doczłapałeś osobiście, krajowe transmisje ligowe były rzadkością, a o zagranicznych nikomu się nie śniło, czasem pod koniec dziennika telewizyjnego pokazano bramki z Serie A czy Bundesligi, o których istnieniu wiedzieliśmy, ale były to ligi zza żelaznej kurtyny, a zatem z innego, niedostępnego świata. Urodziłem się opodal stadionu Ruchu i nie było mowy o kibicowaniu innej drużynie, choć wtedy wszyscyśmy kochali Widzew za jego magiczne boje z możnymi tego świata i kosmiczne z dzisiejszej perspektywy wyniki osiągane wtedy przez łodzian. Choć gdybym w wieku mojego syna miał telewizyjny dostęp do wszystkich rozgrywek świata, kto wie, pewnie już jako szczeniaczek w podstawówce stałbym się fanem Barcelony, albowiem właśnie wtedy, w sezonie 1982/83 jej najlepszym strzelcem był młody El Diego. I 24.09. płakałbym rzewnymi łzami, gdybym na własne oczy widział, jak rzeźnik z Bilbao, Andoni Goikoetxea łamie mu nogę. I tata nie zdołałby mnie pocieszyć.
Lamine Yamal (z prawej) strzelił niesamowitego gola, ale jego Barcelona poległa. Fot. PAP/EPA