Odwiedziłem stare kąty

Rozmowa z Szymonem Matuszkiem, byłym piłkarzem m.in. Realu Madryt, potem Jagiellonii, Piasta i Górnika, obecnie asystentem Michala Gasparika w zabrzańskim klubie

Madryt 2007. Od lewej Kamil Glik, Szymon Matuszek, Sergio Ramos i Marcin Pontus. Fot. Archiwum Szymona Matuszka

W lutym 2007 roku jako 18-latek podpisał pan kontrakt z Realem Madryt. Dla nastolatka to spełnienie marzenia. Tak było?

– Na tamtym etapie to na pewno było spełnienie marzenia. Wtedy piłkarska Europa nie była jeszcze tak otwarta, jak ma to miejsce teraz. Obecnie mamy wielu reprezentantów Polski w europejskich akademiach, a wówczas to była raczej rzadkość. Nic lepszego dla nas wtedy nie mogło się wydarzyć.

Pan z Kamilem Glikiem był w zespole „C” Realu, a Krzysiek Król w rezerwach Castilli. Jak jako nastolatkowie odnajdywaliście się w stolicy Hiszpanii?

– Klub miał i ma tak poukładane struktury, że bardzo nam pomagał. Na początku mieszkaliśmy w hotelu, gdzie wszystko było zapewnione, z posiłkami czy dojazdem. Potem, po pół roku, kiedy szukaliśmy mieszkań, w klubie była osoba za to odpowiedzialna. Organizacyjnie wszystko na wysokim poziomie.

Real reklamuje, także w swoim znakomitym muzeum, ośrodek w Valdebebas – „La Fabrica”, gdzie na początku mieszkaliście, jako najlepszy na świecie. Taki rzeczywiście jest?

– Był wtedy nowy, bo oddany został do użytku bodajże w 2005 roku, a dwa lata później tam trafiliśmy. Do dyspozycji 12 boisk, cztery naturalne, osiem syntetycznych. To było niesamowite wtedy! Przerzucając się z „Łęczek” w Wodzisławiu na taki ośrodek, to robiło wrażenie.

W muzeum Realu co jedna postać to większa, z legendarnym Alfredo Di Stefano na czele. Mieliście go okazję poznać, spotkać w Madrycie podczas trwającego półtora roku pobytu?

– Jego akurat nie, ale byli inni, jak świetni piłkarze Michel czy Fernando Hierro, który pełnił funkcję jednego z dyrektorów, a razem byli w strukturach akademii. Na młodszych bardziej oddziaływali ci współcześni piłkarze, z którymi gdzieś tam razem się przebywało, a nawet trenowało. My trenowaliśmy na boisku numer 3, oni na boisku numer 2. Potem gdzieś tam przy odnowie siedzisz razem, a on cię pyta, co u ciebie, jak w Polsce.

Został u pana sentyment do Madrytu? Zabrał pan żonę i dwójkę synów do miejsca, gdzie przed laty grał?

– Jak wspominasz o swoim pobycie w Madrycie, to tak mi się przypomniało. Minęło 20 lat, jak trafiłem do Hiszpanii. Latem byliśmy w Alicante, Horadadzie, gdzie graliśmy, gdzie trenowaliśmy (w pewnym momencie w UD Horadada było nawet kilkunastu zawodników WSP Wodzisław – przyp. red.). Teraz w przerwie reprezentacyjnej pojechaliśmy do Madrytu. Byliśmy oczywiście też na stadionie. Na chłopakach zrobiło to ogromne wrażenie! Poopowiadałem o historii, o wszystkim. Jest sentyment. Może nie na zabój, ale to madridista gdzieś tam we mnie siedzi.

Chyba więc wygrana Realu z Barceloną w niedzielę była zadowalająca?

– Jak najbardziej! Dla Realu to krok w kierunku walki o mistrzostwo i utarcie nosa Barcelonie, żeby nie bili gdzieś tam kolejnych swoich rekordów.

Rozmawiał Michał Zichlarz    


Odblokuj publikację i korzystaj bez ograniczeń

Kupuję

Masz już dostęp? Zaloguj się