Orda milorda

Z DRUGIEJ STRONY - Dariusz Leśnikowski

Dawid Szwarga ponownie w Rakowie. Już w poniedziałek, gdy gruchnęła wiadomość o dymisji Tomasza Kaczmarka, to właśnie ta kandydatura jawiła się jako najmocniejsza na puszczonej w ruch trenerskiej karuzeli. My też nie mieliśmy co do tego wątpliwości, wystarczy spojrzeć na okładkę „Sportu” z tytułem „Pan wzywał, milordzie?”. Trochę przekornym, owszem, ale gdyby spojrzeć na trenerską przygodę nowego/starego szkoleniowca „Medalików”, nie ma wątpliwości, że klub z Limanowskiego jest dlań ważny. Zajmuje przecież jej lwią część; był też pierwszym, który powierzył mu samodzielne prowadzenie drużyny ligowej. Nie byle jakiej: dostał „na dzień dobry” ekipę mistrzowską, z którą – jako trenerski debiutant-beniaminek, podkreślmy – w kwalifikacjach Ligi Mistrzów zaszedł dalej, niż jakikolwiek inny szkoleniowiec polskiego czempiona w ostatniej dekadzie. Po sezonie podziękowano mu za pracę – oficjalnie dlatego, że w lidze nie udało mu się wywalczyć przepustki do kolejnej edycji pucharów. Kto wie jednak, czy Michał Świerczewski zdecydowałby się na ten ruch, gdyby nie pewność powrotu do klubu Marka Papszuna. Szwarga przecież w Rakowie pozostał, znów jako ważny członek Papszunowego sztabu.

Powtarzające się raz po raz nazwisko obecnego trenera Legii jest być może kluczem do kolejnych działań właściciela częstochowskiego klubu, określanych przez wielu „ekspertów” mianem szaleństwa. Pewnie, że zatrudnienie już piątego od początku roku (a czwartego od początku sezonu) szkoleniowca do pracy z ligową drużyną nie jest działaniem standardowym, budującym powagę marki, jaką w ostatniej dekadzie stał się Raków. Nie jest też jednak – spoglądając na historię prywatnej firmy, stworzonej przez Michała Świerczewskiego od podstaw (czyli od „kawalerki przy ul. Wolności”) – działaniem na pokaz: „nieważne, jak mówią, byle mówili”; zwyczajnie mu to przecież niepotrzebne.

Kolejne roszady – zakończone właśnie powrotem Dawida Szwargi – zdają się za to wskazywać na jego nieustającą wiarę w Papszunowe metody, a przy okazji – w ludzi, którzy w swej pracy są im najbliżsi. To była zresztą więź bez mała emocjonalna, osobista; gorzka anegdotka opowiedziana dziennikarzom przy okazji rozstania z Papszunem (o partnerce życiowej, której przestał podobać się twój dom i odchodzi do młodzieńczej miłości z większego miasta) najpewniej nie była przypadkowa.

Mariusz Rajek, kolega z łamów obok, komentując rozstanie z Tomaszem Kaczmarkiem (wykupionym za milion, któremu trzeba będzie płacić zawarty kontrakt – ale to przecież prywatna kasa Świerczewskiego), we wtorkowym wydaniu „Sportu” napisał mocno: „Twórca częstochowskiej potęgi w ostatnim czasie ewidentnie się pogubił”. A ja mam wrażenie, że po prostu szukał człowieka zarządzającego ludźmi (szatnią) w sposób „Papszunowy” – czyli jedyny, który Michał Świerczewski uznaje za skuteczny. Nie gwarantował mu tego nikt z trenerskiej ordy ostatnich miesięcy: Łukasz Tomczyk, Dawid Kroczek, wspomniany Kaczmarek, i pewnie Dawid Szulczek też nie. Trzeba więc było minimalizować straty, zanim przekroczą punkt krytyczny. Stąd Szwarga: „uczeń” Papszuna, teraz jeszcze bogatszy o okres współpracy z Rafałem Górakiem, który czasem podkreśla, że metody pracy Papszuna zawsze pilnie obserwował.

No i gdzie tu szaleństwo?

Odblokuj publikację i korzystaj bez ograniczeń

Kupuję

Masz już dostęp? Zaloguj się