Orzeł, reszka i polski basket

RZUT ZZA BOISKA - Piotr Płatek

W 1969 roku rzut monetą zdecydował, że Kareem Abdul-Jabbar trafił do Milwaukee Bucks. Fot. FB/Milwaukee Bucks

Na finiszu przygotowań do pierwszoligowego sezonu w Inowrocławiu rozegrano turniej, który zakończył się mocno szokującym rozstrzygnięciem - jego triumfatorem został ŁKS Coolpack Łódź. Finałowe spotkanie z Eneą Poznań zakończyło się remisem 79:79. Trenerzy obu zespołów stwierdzili, że dogrywki nie będzie, dlatego o tym, w czyje ręce trafi trofeum, zadecyduje... rzut monetą. Szczęście uśmiechnęło się do ŁKS-u, który tym samym został ogłoszony zwycięzcą turnieju.

Ktoś mógłby się oburzyć, kręcić nosem i twierdzić, że to przejaw głębokiej prowincjonalności, lekceważenie sportowej rywalizacji i czysty lokalny kabaret. Ale chwileczkę - zanim odtrąbimy absurdy polskiego basketu, spójrzmy prawdzie w oczy: rzucanie monetą ma w sporcie niezwykle bogatą, wręcz dumną tradycję.

Gdyby nie ślepy los i kawałek metalu wpadający w dłonie sędziego, historia futbolu potoczyłaby się zupełnie inaczej. W 1968 roku półfinał mistrzostw Europy między Włochami a ZSRR zakończył się bezbramkowym remisem, a seria rzutów karnych była jeszcze melodią przyszłości. O awansie do finału zdecydował rzut francuską monetą w sędziowskiej szatni - i to dopiero za drugim razem, bo za pierwszym... bilon wpadł w szczelinę w podłodze. Włosi wygrali losowanie, weszli do finału i zgarnęli złoto. Dwa lata później Górnik Zabrze w półfinale Pucharu Zdobywców Pucharów potykał się z AS Roma. Po trzech zaciętych bojach i remisie w Wiedniu Stanisław Oślizło wskazał właściwą stronę krążka, wysyłając polski klub do jedynego w historii finału europejskiego pucharu.

Nawet NBA zbudowała swoją potęgę na mosiężnym bilonie. W 1969 roku Phoenix Suns i Milwaukee Bucks rzucały monetą... przez telefon o to, kto w drafcie wybierze Lwa Alcindora, późniejszego Kareema Abdul-Jabbara. Wygrali Bucks i dwa lata potem świętowali tytuł. Dekadę później, w 1979 roku, Chicago Bulls postawili na reszkę, a wypadł orzeł i Magic Johnson trafił do Los Angeles, dając początek legendarnej erze Showtime. Gdyby moneta wykonał w powietrzu obrót mniej, historia koszykówki wyglądałaby dziś zupełnie inaczej.

Kiedy więc w Inowrocławiu orzeł wylądował na dłoni, a zawodnicy zamiast ocierać pot w dogrywce, pomaszerowali do szatni, ŁKS i Enea nawiązali do najlepszych, klasycznych wzorców.

Dziś jednak taka scenka wywołuje uśmiech, bo przypomina o czasach, w których w sporcie decydował przypadek, romantyzm i zwykła, zdroworozsądkowa umowa między trenerami. Współcześnie kluczowe decyzje w światowym sporcie zapadają już bez udziału monetrzucanych w powietrze. Dziś rządzą wyłącznie te przeliczane na kontach.


Odblokuj publikację i korzystaj bez ograniczeń

Kupuję

Masz już dostęp? Zaloguj się