Panna i panda
REMANENT – felieton Jerzego Chromika
Andrzej Poniedzielski jest jak przyjazna wena, przychodzi regularnie, prawie jak przelew... z ZUS-u. Pozostaje moim cotygodniowym natchnieniem. Nucę sobie więc nieprzypadkowo między wrześniem a listopadem tę piękną „Piosenkę o szczęściu”.
– Patrzę sobie, myślę sobie
O! Zdziwiony takim swoim dziś obliczem
Myślę sobie, to jak ja już sobie myślę
To ja zrobię coś dla siebie
Sobie zrobię
Żeby tak nie październiczeć
I na przekór otumanom mgieł jesiennych
I wbrew temu tu
Całemu liściastemu przedsięwzięciu
Myślę sobie, to napiszę ja piosenkę
I napiszę ja piosenkę o?
O szczęściu!
I do pióra poprzez ramię,
Ale przecież od ciemienia,
Które czasem zowią deklem
Spłynął taki oto stary... felieton:
To tak na marginesie weekendu, który za nami. Oczywiście z Mają Chwalińską, bo wygrała finał w Wuhan, a której nie dało się już po Roland Garros nachwalić ani przechwalić. Ileż w tych 164 centymetrach wzrostu kryje się inteligencji, sprytu, waleczności i hartu ducha. Niepojęte! Pokonać po raz drugi i tak na zimno Greczynkę Sakkari po tym pierwszym meczu, w którym nasza dopiero uczyła się z nią grać. A potem było jej na korcie także nie do pary z Igą Świątek. Przyjaciółka z dzieciństwa czuła się w pojedynku siostrzanobójczym jak... po kolejnym zaćmieniu kortu. I tak oto ta wysoko odbijająca się piłeczka stała się znakiem rozpoznawczym Mai. Do tego to nie za często spotykane myślenie przed siatką i w głębi kortu. Chwalińska raczej nie kieruje piłek tam, gdzie stoi rywalka, szuka w okamgnieniu miejsc, do których przeciwniczka ma małe szanse dobiec.
Felietonista przynajmniej raz w tygodniu powinien mieć, jak rasowy kot, powody do mruczenia. Zwłaszcza po postawieniu tezy, którą życie po kilku miesiącach potwierdzi. Nie tylko na mączce i niekoniecznie ziemniaczanej, ale także na nawierzchni twardej. Od 30 maja nucę sobie wyjątkowo chętnie pod nosem:
– Tę pszczółkę, którą dziś widzicie, zowią Mają,wszyscy Maję znają i kochają.
Maja fruwa tu i tam, piękny tenis pokazując nam.
Dziś urzeka nas maleńka, zwinna pszczółka Maja,
śmiała, sprytna, rezolutna Maja!
W miarę eliminowania przez panią Chwalińską rywalek, zarówno w Paryżu, jak i w Wuhan, to skojarzenie brali jak swoje inni, ba, pojawiły się nawet okolicznościowe grafiki. I to nic, że bajka tak naprawdę jest niemiecka, bo niezapomniany Zbigniew Wodecki spolszczył ją nam raz na zawsze.
A wracając do wstępu. Nie ma sensu licytować się teraz na przymiotniki, rzeczowniki, te wszystkie „ochy” i „achy”. Chwalić Chwalińską chce znowu każdy i... może każdy. Można już spokojnie udawać znawcę tenisa i oszukiwać – a nie mówiłem? Ja nie mówiłem, ja to dawno temu napisałem.
Kiedyś Andrzej Poniedzielski zapytany przez przyjaciela, co robił wieczorem, odparł z rozbrajającą szczerością – ano tłumaczyłem sobie wiersze z francuskiego.
– Jak to, przecież ty nie znasz francuskiego?
– No tak, ale ja tłumaczyłem na polski!
Pani Chwalińska też nie zna chińskiego, ale... się uczy. Pilnie się uczy. Umie już ładnie powiedzieć „dzień dobry” i „dobry wieczór”, a pewnie i też potrafi „dziękuję”. Kupiła swą naturalnością miejscową publiczność, bo Polka jest sympatyczna i nie wywyższa się europejskością. Dostała więc sporo okazjonalnych prezentów od serca, ale tak naprawdę, gdyby to ode mnie zależało, to powinna otrzymać na pamiątkę małą pandę. Uroczą jak ona.
Maja i panda to byłby wyśniony debel!
Panna Maja miła jak... panda. Fot. Wu Zhizun/Xinhua / Press Focus