Piekło bez zmian

Minęło 30 lat, a w bałkańskich halach patologia wciąż sprzedawana jest jako „niepowtarzalny klimat”.

Mecze w Belgradzie zawsze mają specyficzną atmosferę. Fot. Facebook/KK Partizan

RZUT ZZA BOISKA

Są w europejskiej koszykówce miejsca, w których pojęcie „gorącej atmosfery” nabiera dość dosłownego, wręcz fizycznego znaczenia. Belgrad, Saloniki, Ateny, Stambuł... Z jednej strony – legendarny kocioł, śpiewy kilkunastu tysięcy gardeł i ciarki na plecach. Z drugiej – ślina na twarzy, rzucane na parkiet zapalniczki, uszkodzony sprzęt i sędziowie, którym w krytycznych momentach dziwnie miękną kolana.

Kilka dni temu Guerschon Yabusele z Panathinaikosu po meczu z Partizanem Belgrad spokojnie przyznał, że lubi grać pod presją i wroga publiczność go nakręca. Szybko jednak dodał: „Gdy schodziłem z boiska, zaczęli we mnie czymś rzucać, pluć mi w twarz... Wszyscy o tym wiedzą, ale nikt z tym nic nie robi”. Z kolei jego klubowy kolega, Nigel Hayes-Davis, zachwycał się belgradzką halą, porównując ją do Madison Square Garden, by zaraz dodać istotne „ale”: atmosfera jest wspaniała, dopóki kibice dbają o bezpieczeństwo i przestają rzucać w ludzi przedmiotami. Czytając te wypowiedzi, poczułem przemożne uczucie deja vu.

Cofnijmy się do listopada 1995 roku. Pojechałem wtedy do Salonik na mecz Bobrów Bytom z tamtejszym Arisem. Tydzień wcześniej Bytomianie rozbili Greków we własnej hali 80:54 i awans do kolejnej rundy wydawał się formalnością. To, co wydarzyło się w Grecji, z koszykówką miało jednak niewiele wspólnego. Miejscowi kibole dali popis siły; jeszcze przed pierwszym gwizdkiem, jeden z bytomskich działaczy został pobity, a operatorowi wyrwano kamerę – tak na wszelki wypadek, żeby nie było dowodów. W trakcie meczu na parkiet poleciały dziesiątki metalowych przedmiotów, a sędziowie „wydrukowali” wynik. Grecy wygrali różnicą ponad 40 punktów (94:51) i awansowali. Szybko napisałem wtedy tekst, który zatytułowałem krótko: „Bobry w piekle”.

Od tamtego meczu minęło ponad 30 lat. Zmieniły się piłki, buty, systemy taktyczne, budżety klubów i nazwy rozgrywek. Nie zmieniło się jedno – przyzwolenie na dzicz.

Przez trzy dekady kibice w południowo-wschodniej Europie nauczyli się, że oprawa meczowa może płynnie przechodzić w zastraszanie i bandytyzm, bo konsekwencje są znikome. Władze koszykarskie – czy to FIBA, czy zarząd Euroligi – od lat udają, że nie widzą problemu. Rozkładają ręce, wlepiają śmieszne kary finansowe, po czym wrzucają do sieci efektowne „rolki” z głośnym dopingiem z Belgradu czy Aten, budując na tym marketingowy obraz „najlepszych kibiców na świecie”.

Fajnie jest zachwycać się pasją i wulkanem energii na trybunach. Ale dopóki normą pozostaje plucie zawodnikom w twarz i rzucanie w nich monetami, ta „magiczna atmosfera” to nic innego jak zwykła patologia ubrana w barwne szaliki. I smutne jest to, że po 30 latach wciąż musimy pisać dokładnie o tym samym.

Piotr Płatek

Odblokuj publikację i korzystaj bez ograniczeń

Kupuję

Masz już dostęp? Zaloguj się