Piłkarz, który przebił Bońka
Odszedł – w wieku ledwie 60 lat – Jacek Ziober (ur. 18.11.1965, zm. 6.10.2026). Człowiek i gracz niepokorny, który po efektownej karierze nie poradził sobie na życiowych wirażach. A przecież był legendą Łodzi...
Jacek Ziober pozostanie łódzką legendą, choć trochę mu się postpiłkarskie życie dało we znaki... Fot. PAP/Marek Kliński
To był jakiś letni sparing ŁKS-u, na bocznym boisku. Leszek Jezierski wziął wtedy do składu paru chłopaków z juniorów. Chodziło się wtedy na takie mecze i pilnie odnotowywało nowe twarze. Ale tego jednego dzieciaka, z długimi włosami, żaden z nas nie znał. Dopiero świętej pamięci redaktor Mieczysław Wójcicki, który uwielbiał bywać na meczach czy to rezerw, czy drużyn młodzieżowych „ełkaesiaków”, spojrzał nań i rzucił krótko: „O, nawet mały Zioberek się załapał”. Większość kolegów naskrobała coś w notesach, a dzień później w części łódzkich tytułów ukazał się skład drużyny, w którym figurował „Zioberek”. Tak rozpoczynała się jego boiskowa – i medialna – kariera. Mało kto mógł wówczas przypuszczać, że ów nieopierzony, 17-letni „Zioberek” już wkrótce stanie się – zgodnie ze swym nazwiskiem - „wielkim Zioberem”!
Nawet Żelazko był za krótki
Trenerem juniorów był wówczas w ŁKS-ie Włodzimierz Tylak. I wychował taką pakę, która do finałów mistrzostw Polski kwalifikowała się bez tych najzdolniejszych, grających już regularnie w 1. lidze. Ściągano ich jedynie na rozgrywki o medale. Jarosław Bako, Juliusz Kruszankin, Jacek Ziober – bramkarz, stoper, napastnik; kręgosłup drużyny, z którą nikt w kraju równać się nie mógł. W 1983 zdobyli tytuł mistrzowski, w finałowym dwumeczu zwyciężając Wierzycę Starogard Gdański. W obu spotkaniach było 2:2, Łodzianie lepiej strzelali karne. Po rewanżu napisałem w gazecie – zgodnie z opowieściami tych, co byli na stadionie – że „nawet słynny Wit Żelazko nie pomógł Wierzycy w zdobyciu złota”! A wspomniana trójka nie tylko grała już w drużynie ligowej – na marginesie: Ziober w niej zadebiutował, bo kontuzji doznał Marek Płachta, i już miejsca w składzie nie odpuścił – ale wkrótce zapukała też do pierwszej reprezentacji.
Na komendzie w Tiranie
Po drodze Jacek zdobył jedyne w swej karierze trofeum międzynarodowe: w Moskwie sięgnął po brązowy medal juniorskich mistrzostw Europy. Mocna ekipa była, nie tylko z Zioberem, ale i Romanem Koseckim, Tomaszem Cebulą i Andrzejem Rudym. Trenerem był Mieczysław Broniszewski, który w jednym z meczów już przygotował zmianę: boisko opuścić miał właśnie Jacek. Ale on zauważył, że coś się przy linii szykuje, więc przy pierwszej okazji zabrał piłkę gdzieś na środku boiska, przebiegł z nią kilkadziesiąt metrów i strzelił gola. Zmiany nie było, a Polska wygrała 1:0! Już nigdy więcej „Zioberek” - choć grał i w reprezentacji seniorów, i w klubach zagranicznych – niczego nie wygrał, czego zresztą bardzo żałował.
W drużynie narodowej debiutował w meczu z Irlandią Północną. Ale lepiej zapamiętał chyba wyprawę do Tirany. W przeddzień meczu z Albanią jeden z łódzkich żurnalistów – że tak napiszę - „prowadził nazbyt hulaszczy tryb życia”, w efekcie czego zwinęła go miejscowa milicja, gdy dobijał się do jakiegoś pałacu prezydenckiego, tłumacząc, że „chce tylko towarzyszowi Hodży przekazać pozdrowienia od łódzkich włókniarek”. Zabrano go wtedy na jakąś komendę. A ponieważ kolega redaktor - co często mu się zdarzało - przy okazji zgubił paszport, trzeba było potwierdzić jego tożsamość. I wskazał Jacka, jako jedynego, który mógł to zrobić, bo był jedynym przedstawicielem z Łodzi w kadrze. No więc milicjanci przyjechali do hotelu i „zaprosili” Ziobera do siebie...
Telefon z PZPN-u
Były też w jego piłkarskiej karierze wielkie chwile czysto sportowe. Ot, chociażby mecz w Mediolanie, pod szyldem Liga Włoska – Liga Polska. Zagrał w nim wtedy przeciwko samemu Diego Maradonie. No i grał również w słynnym starciu z San Marino w Łodzi, zakończonym naszą efektowną wygraną... 1:0, po golu zdobytym przez Jana Furtoka ręką. Wracał często do tej potyczki, bo jeszcze dzień przed nią kadra nie miała meczowych strojów i na szybko załatwiano sprzęt od jakiegoś producenta, wzięty prosto z półki w fabrycznej hali.
Generalnie natomiast bardzo rozżalony był zawsze reprezentacją, a konkretnie – formą pożegnania z nią. Trener Henryk Apostel w pewnym momencie powiedział bowiem, że teraz będą grać głównie olimpijczycy z Barcelony, a „starzy” - co najwyżej po przerwie. No to Jacek się obraził. „A niech sobie grają” - wypalił i nie chciał wejść na murawę jako zmiennik. W końcu – z łaski – dał się na to wejście namówić, ale oczywiście na następny mecz powołania już nie dostał. Za to kolega z szatni – było to w Osasunie, a ten kolega Ryszard Staniek się nazywał – przekazał mu, że dzwonili z PZPN i kazali Zioberowi oddać reprezentacyjny sprzęt. Takie były wtedy zwyczaje, i w taki sposób Jacek zakończył karierę w narodowej drużynie.
To się nadaje do telewizji!
Z ŁKS-em też się rozstawał w dużym szumie medialnym, choć potem twierdził, że źle został zrozumiany. Poszło o jego rzekomą wypowiedź, że „po dziewięciu latach już się niczego od Leszka Jezierskiego nie nauczy”. Tak naprawdę w samej Łodzi w klubie nikt nie miał do niego o to zdanie pretensji; a tym bardziej sam zainteresowany. No bo przecież prawdę powiedział: dziewięć lat trenera w jednym klubie wystarczy. Szum zrobił się za to w Warszawie i w PZPN-ie: jak można tak znieważać Jezierskiego! I został Jacek odwołany z funkcji kapitana ŁKS-u: przez związek jednak, a nie przez klub!
No i tutaj zaczyna się słynna sprawa transferu. Charyzmatyczny właściciel Montpellier, Louis Nicollin, przyleciał po niego do Łodzi prywatnym samolotem. Próbowałem zainteresować tą sprawą Marka Markiewicza, dziennikarza telewizyjnego, który wtedy został wybrany demokratycznie na szefa łódzkiego ośrodka. „Marek, jest historia: piłkarz z Łodzi za milion pójdzie do Francji. To się nadaje do telewizji”. A on na mnie spojrzał i powiedział: „Co ty mi tu mówisz? Tutaj rewolucję robimy, Solidarność wygrywa, a ty mi z jakimś piłkarzykiem wyjeżdżasz”.
A przecież temat był jak złoto. Montpellier zapłaciło za niego milion osiemset dwadzieścia dolarów. Ta suma przebiła transfer Zbigniewa Bońka, bo ten do Juvetnusu odchodził za milion osiemset tysięcy. Zastanawiająca jest ta dokładność, te dodatkowe dwadzieścia tysięcy. Dlatego wszyscy się śmiali, że tę kwotę sam menedżer dopłacił ze swojej prowizji, żeby ładnie wyglądało: wykonał transfer piłkarza, który swą ceną przebił Bońka!
Obrażony przez Ptaka
I w Montpellier, i później w Osasunie pierwszy sezon Jacek miał bardzo dobry; kolejny - już gorszy, więc i tu, i tu był spadek. W Osasunie szybko przestało mu się podobać, źle się tam czuł.
Natomiast we Francji - znakomicie. Nawet się szybko po francusku nauczył mówić. W Hiszpanii z kolei grał ze wspomnianym Stańkiem i z Janem Urban. I Urban zachwalał mu, jak to fajnie jest w Górniku i proponował, żeby poszedł do Zabrza. W tamtym czasie o Jacka pytał też Widzew. Ale on szybko uciął temat: „Jakoś nie w moim typie ten klub”. Kiedy więc wrócił do Polski, pierwsze kroki skierował oczywiście do ŁKS-u, gdzie był Antoni Ptak. I tenże, być może chcąc się popisać, wypalił: „Jeśli Ziober chce grać u mnie, niech osobiście przyjdzie i o to poprosi”. Wiadomo, jaka mogła być reakcja zawodnika... Jego „menago”, Tadeusz Fogiel, miał – jak się okazało - również wtyczki we Wronkach i załatwił mu Amicę. Później Ziober wyjechał jeszcze do Ameryki, ale przez dwa lata zagrał tylko w trzech meczach drużyny z Tampa Bay. To była już kompletna porażka. Kontuzje łapał, nie leczył się. Oni traktowali go dobrze, mimo przeciwności losu trzymali go na kontrakcie, ale później zrezygnował z reszty pieniędzy i wrócił do kraju.
Trenerka jakoś go nie pociągała, jak zawsze opowiadał, natomiast „wciągnął się” w futbol plażowy. I dzięki niemu zaliczył pierwszy – i jedyny – udział w mundialu; w charakterze trenera reprezentacji na turnieju w Brazylii. Gwiazdą tego zespołu był jego syn Witek.
Zakręt śmierci
A później to już same nieszczęścia. Długów narobił, biznesy mu nie wyszły. Żona go zostawiła, dom mu zlicytowano, przyplątała się choroba... Z tego zakrętu już nie wyszedł, choć wcześniej udało mu się odwrócić los, bo ta historia mogla skończyć się naprawdę źle. Miał 23 lata, gdy spowodował wypadek drogowy. Poszkodowany w nim człowiek zmarł po jakimś czasie, a jego rodzina oskarżyła Jacka, że jego śmierć była pochodną wypadku. Sprawa zrobiła się głośna, prasa zaczęła jątrzyć: że to piłkarz, że na pewno go wybronią itp. Podczas procesu nie udowodniono, że śmierć była efektem obrażeń w wypadku. Facet po prostu zmarł z przyczyn naturalnych.
Po wspomnianych kłopotach osobistych i finansowych, jeszcze próbował się pozbierać, ratować. Nie miał pracy, od czasu do czasu chodził więc komentować mecze do Polsatu. Wtedy miał okazję raz jeszcze opowiedzieć o swej piłkarskiej filozofii: że jego nie interesuje wynik; chodzi o to, żeby przyjemność miał i zawodnik, i widownia.
Odesłany do... kosza (na śmieci)
Aha, kiedyś powiedział mi, że prawdziwy debiut reprezentacyjny zaliczył... jako trampkarz: podczas meczu Polska - Irlandia w 1978 roku w Łodzi... podawał piłki Janowi Tomaszewskiemu. No i kilka lat później wszedł do drużyny ŁKS-u, w której byli jeszcze Tomaszewski właśnie, Mirosław Bulzacki, Marek Dziuba. I ta starszyzna go niefajnie potraktowała: przyszedł szczawik, to mu powiedzieli, że dla takich grajków nie ma szafki i miejsca w szatni. I kazali mu ciuchy zostawiać na koszach na śmieci. Nielekko miał. Ale on też potrafił się odszczeknąć, o czym świadczy choćby wspomniana wypowiedź na temat Leszka Jezierskiego. Generalne był bardzo zapalczywy, szybko się obrażał, do wszystkich miał pretensje, zawsze szedł pod prąd. Zwłaszcza ze swą niezmienną fryzurą „na czeskiego hokeistę”. W końcu przestał się pokazywać publicznie.
Obserwował jednak piłkarskie życie, czasem komentował dla „Sportu” różne wydarzenia. Zawsze ciekawie, zawsze z własną – najczęściej odmienną od głównego nurtu – opinią. Kontakt mieliśmy jeszcze w lipcu. Był już po poważnej operacji (choć pisał o niej, i swym zdrowiu, z dystansem i odrobiną humoru), nie mógł mówić. Ale i tak poprosił o pytanie SMS-em, a potem – tą samą drogą – odesłał długą i fachową analizę przyczyn, dla których to Hiszpania wygra finał mundialu. Nie pomylił się w żadnym zdaniu.
Poza jednym, niestety. „Nie wybieram się jeszcze straszyć” - zakończył swoją korespondencję. Do dziś nie została wykasowana z telefonu. I nie zostanie. Bo kolejnej już nie będzie.
Do diaska...
Dariusz Leśnikowski