Radość i rozczarowanie
Czarne Koty dopiero drugi raz w historii występują w europejskich pucharach, ale... jakoś nie mogą się tym nacieszyć.
Szarpią się jak mogą piłkarze Sunderlandu – tu, z prawej Jules Ahoka – ale na razie z mizernym efektem w Premier League. Fot. MB Media/PressFocus
SUNDERLAND
Dzisiejszy rywal Lecha ma już 147 lat i sześć tytułów mistrza Anglii. Co prawda połowę z nich zdobył w XIX wieku, a ostatni 90 lat temu – ale jednak. Zwycięstwo w Pucharze Anglii w 1973 roku pozwoliło Sunderlandowi zadebiutować w europejskich pucharach – rzecz jasna w Pucharze Zdobywców Pucharów. Nie zawojował go. Przeszedł węgierski Vasas, ale potem odpadł ze Sportingiem.
Współcześni Anglicy niespecjalnie ekscytują się rozgrywkami pucharowymi innymi niż Liga Mistrzów, ale w przypadku Sunderlandu było inaczej. Pierwszy i jedyny jak na razie mecz Ligi Europy u siebie – wygrany 1:0 z Alkmaar – obejrzał komplet widzów, a Czarne Koty były niezmiernie szczęśliwe z kolejnej okazji kontynentalnych wojaży.
Działało? Działało
Bo w ostatnich latach Sunderland znany był zupełnie z czego innego. Rozsławił go słynny serial Netflixa, który wszedł z kamerami za codzienne kulisy klubu... akurat gdy ten zanotował dwa spadki z rzędu – w 2017 roku lecąc z Premier League, a rok później z Championship. Rozpoczęła się tułaczka i chęć szybkiego powrotu, ale zespół był jak Wisła Kraków – musiał „odbębnić” cztery lata, tyle że na trzecim szczeblu, aby wrócić na zaplecze. Tam – trzy sezony, by w 2025 roku awansować po barażach. Powrót Sunderlandu do Premier League był dużym wydarzeniem, bo to klub posiadający wielką społeczność. Zależało mu przede wszystkim na utrzymaniu, a nikt w najśmielszych snach nie przypuszczał, że będzie można myśleć o pucharach! Pomysł trenera Regisa Le Brisa sprawdził się jednak znakomicie. Mecze Czarnych Kotów nie były pasjonujące, ale do bólu skuteczne. Antyfutbol – ktoś mógłby rzec, bo mniej goli od Sunderlandu straciły tylko Brighton oraz TOP 2, czyli Arsenal i Manchester City. Natomiast mniej strzeliły... tylko Crystal Palace i duet najgorszych spadkowiczów, Burnley i Wolverhampton. Ale działało? Działało!
Jest nadzieja
Tyle tylko że działać przestało. Radość z poprzedniego sezonu szybko z Sunderlandu uleciała, bo po siedmiu kolejkach zamyka tabelę Premier League. Ma tylko cztery punkty, a niektóre media spekulują, że Le Bris... będzie grał w Poznaniu o posadę. Doniesienia te wydają się jednak lekko przesadzone, bo choć faktycznie Czarne Koty grają słabo, a ostatnio w meczu „o sześć punktów” uległy Bournemouth, to wcześniej rywalizowały z najsilniejszymi w tej chwili Manchesterem City, Arsenalem i Brighton. Przegrać z nimi to nie wstyd. Aczkolwiek nie można nie wskazać, że w Lidze Europy gra Anglików też nie rzucała na kolana. Udało się pokonać Alkmaar, ale tylko 1:0, a prócz tego Sunderland mocno męczył się z drugoligowym portugalskim Torreense (2:1). Jest nadzieja dla Lecha!
– Porażka z Bournemouth była dla mnie nie do zaakceptowania – powiedział Le Bris. – Nie podoba nam się to, ale na tym poziomie trzeba sobie radzić z takimi sytuacjami. Mam nadzieję, że wkrótce zareagujemy, pokażemy, że jesteśmy Sunderlandem i że jesteśmy z tego dumni – mówił bojowo Francuz.
Proszę o drugą opcję
Słabawy atak jeszcze kilka miesięcy temu rekompensowała mocna obrona. Teraz w drużynie funkcjonuje ona mizernie, w efekcie czego Czarne Koty są wyjątkowo niezgrabne. Piłkarze są bez formy, często grają jak za karę, a występy niektórych określane są jako „gra w osłabieniu”. Sunderland cierpi z braku kontuzjowanego Holendra Briana Brobbeya, a wskazuje się też na dalekie od ideału letnie okienko transferowe. Lech ma w pamięci pucharowe lanie od innych wyspiarzy, tych z Crystal Palace, ale jeśli już ktoś z Premier League ma być do „ukłucia”, to właśnie Sunderland. Pytanie, jak podejdzie do tego meczu Le Bris. Albo jak z Alkmaar, wystawi mocny skład i zagra na maksa, albo jak z Torreense – mocniej zarotuje i skoncentruje swoją uwagę na ligowym starciu z Leeds. Kolejorz niech modli się o tę drugą opcję.
Piotr Tubacki