Subtelny, polski, nieskazitelny

Andrzej to był ktoś, kto na hasło „Piast” stawał na baczność – mówią o zmarłym kilka dni temu spikerze (bez wahania używamy słowa: legendarnym) gliwickiego klubu jego przyjaciele.

Jeszcze siedem - i wszystko jasne... Fot. Piast Gliwice

Piłkarze obu drużyn zajęli już swoje miejsca na boisku, sędzia z gwizdkiem w ustach za moment da sygnał do rozpoczęcia kolejnego ligowego meczu przy Okrzei. W takich chwilach prawdziwy kibic na trybunach zawsze czuje ciary: przed nim 90 minut emocji, wzruszeń, nerwów, a na koniec – euforii bądź frustracji. - A u nas te ciary były podwójne, albo i potrójne – uśmiecha się smutno Marcin Żemaitis.

Od Messiego do Badiego

Smutno, bo lata i dekady znał Andrzeja Sługockiego; tego samego, który swą pracą w Gliwicach wyznaczył „wzorzec z Sevres” spikerskiej pracy na stadionie. Nieprzypadkowo sześciokrotnie zgarniał nagrodę Ekstraklasy SA dla najlepszego w tej branży w krajowej elicie. Tworzył widowisko, jego kreatywność w tym zakresie nie miała granic. Pewnie każdy zawodnik, który przewinął się przez szatnię Piasta, ma własne wspomnienie związane z Andrzejem Sługockim. Bo niemal każdy w którymś momencie doczekał się z jego strony dobrego słowa, wykrzyczanego przez mikrofon. „Barcelona ma Messiego, Piast Gliwice ma Badiego” - to chyba najsłynniejsza z jego „myśli nieuczesanych”, a jednocześnie – niezapomnianych.

Symbol wzięty z... pomyłki

Trybuny na piłkarskim obiekcie czasem okiełznać niełatwo. Sługocki wspomniane nagrody zbierał również za to, że nigdy nie przestawał próbować tego czynić. Powiada się, że to kobieta łagodzi obyczaje. Ale on też to potrafił. „Będę konsekwentnie apelować o powstrzymanie się od wulgaryzmów” - powtarzał wielokrotnie, gdy z jednej strony stadionu na drugą frunęły mięsiste „pozdrowienia” dla antagonistów. I wiecie co? To działało; częściej niż na innych stadionach. - Bo miał charyzmę – to po pierwsze. Po drugie - bo kibice zawsze potrafią rozpoznać tego, który klub ma tam, gdzie powinien mieć, czyli w sercu – uderza w liryczny ton Marcin Żemaitis.

Te apele były przykładem tego, że rzeczywiście potrafił się z trybunami – nawet tymi, które z zasady nie chodzą na żadne kompromisy – dogadać. Kiedy po zwyczajowej celebracji gola dla gospodarzy kończył fetowanie tradycyjnym „Jeszcze siedem”, nawet największe zakapiory po prostu szalały na jego punkcie! I pomyśleć że – jak utrzymywał – pierwszy tego typu okrzyk, wieeeele lat wstecz, był efektem przejęzyczenia. Miało być zwyczajne „Jeszcze jeden!”, a wyszedł ponadczasowy symbol klubowej radości.

Jeden szereg, wiele ról

- Pan doskonale wie, że Andrzej nie był tylko spikerem. On był człowiekiem Piasta! - podkreśla były sternik gliwickiego klubu. - Kiedy w drugiej połowie lat 90. podjęliśmy się próby wskrzeszenia seniorskiej piłki w klubie, po paru latach jej niebytu, on stanął z nami w jednym szeregu. I to w paru rolach: kibica, trenera grup młodzieżowych (jeszcze w poprzedniej dekadzie, czyli w latach 80.), ale też dziennikarza – przypomina Żemaitis. Pracował w „Nowinach Gliwickich”, więc miejsce na wieści z Okrzei musiało się zawsze znaleźć. Również na ogłoszenie tej treści: „Zarząd klubu (...) zamierza ponownie powołać do życia zespół piłkarski seniorów, który zacząłby grać w klasie B od nowego sezonu 1997/1998. (...) Regularne zajęcia treningowe przyszłego zespołu seniorów odbywać się będą w środy i piątki o godz. 18.00”. - Poszło za darmo – dodaje nasz rozmówca. Dziś pewnie by się już to nie udało....

Łyk piastowskiego powietrza

Piast dla Sługockiego rzeczywiście był treścią każdego dnia. - Żył Piastem. Przychodził do klubu nie tylko w dniu meczu, do pracy z mikrofonem, ale też na co dzień. By – jak mi mawiał – pooddychać piastowskim powietrzem. Ono go napędzało – Zdzisław Kręcina widział duży kawał piłkarskiego świata, ale nie kryje, że piastowski spiker był nawet na tym tle postacią wyjątkową. - Najbardziej lubił przesiadywać w kanciapie gospodarza stadionu. Wiadomo przecież, że to właśnie tam ostatecznie spływają wszystkie ważne klubowe informacje, bez których prawdziwy fan obejść się nie może.

Smarowanie (nart) i smakowanie (życia)

A on tym prawdziwym fanem był. - I na hasło „Piast” stawał na baczność! - dodaje były prezes (ale też długoletni piłkarz, o czym zapomnieć nie wolno). Dawał Piastowi wiele: wiedzę, zaangażowanie, no i ten głos... Ale i Piast też mu wiele dał; może nawet coś najcenniejszego. - Andrzej był też trenerem „Piastunek”, czyli drużyny kobiecej. I w ten sposób poznał swoją żonę Ewę – przypomina Marcin Żemaitis. Ich przyjaźń przetrwała wszystkie burze, jakich przy Okrzei nie brakowało. - Dobrze się rozumieliśmy, lubiliśmy wspólne, rodzinne, wyjazdy na narty. One miały bardzo określony rytuał. Ja szusowałem póki było jasno, zwykle od 8 do 16.. A Andrzej po dwóch, góra trzech godzinach schodził ze stoku i szedł – powiedziałbym... - smakować życie do jakiejś góralskiej karczmy – teraz nasz rozmówca, mimo smutku w oczach, śmieje się już w głos.

Wieczna kwatera po sąsiedzku

„Pytam tych wszystkich, w których żyłach płynie niebiesko-czerwona krew: kto dzisiaj wygra mecz!?” - gromki głos Andrzeja, bardzo charakterystyczny i łatwo rozpoznawalny ( i jeszcze „subtelny, polski i nieskazitelny” - jakby Grzegorz Tomczak napisał tę frazę piosenki „Ja to mam szczęście” właśnie po usłyszeniu Gliwiczanina), frunął najpierw pod dach okalający stadionowe trybuny, a potem ulatywał w niebo, rozlewając się po okolicznych uliczkach, placach, placu przed kościołem Chrystusa Króla, a nade wszystko – frunąc nad Cmentarz Lipowy, sąsiadujący z Areną Gliwice. To właśnie tutaj, tak blisko jakże ważnego dlań miejsca, we wczesne czwartkowe popołudnie spocznie na dłużej. Na zawsze... I przy okazji każdego meczu, życzliwie spoglądając na kolejne pokolenia piłkarzy z Okrzei, będzie nasłuchiwał odpowiedzi kibiców na przywołane na wstępie tego akapitu pytanie. Odpowiedzi najprostszej i najbardziej oczywistej w tym miejscu: „Piast GKS!”. Pierwsza próba – już w najbliższą niedzielę...

Dariusz Leśnikowski

Ostatnia droga

Pożegnanie Andrzeja Sługockiego nastąpi w czwartek, 8 października. Po mszy o godz. 11.00 w gliwickim kościele Chrystusa Króla, nastąpi odprowadzenie zmarłego na Cmentarz Lipowy.


Odblokuj publikację i korzystaj bez ograniczeń

Kupuję

Masz już dostęp? Zaloguj się