Szlem słów
REMANENT, cotygodniowy felieton Jerzego Chromika
Nie ma już z nami Tadeusza Szymkowa. Od ponad 17 lat. Był to aktor tylko drugiego planu filmowego, ale na scenie wrocławskiego Teatru Polskiego nie miał sobie równych. Tam był kochany. Nie tylko przez widzów. Umiał bowiem rozmawiać z każdym i o wszystkim. A ilekroć wpadał do Jaworowego Dworu pod Warszawą, opowiadał nam barwnie nie tylko o życiu teatralnym. A swego czasu przywiózł ze sobą taką historyjkę prosto z życia. O panu Kazimierzu.
To on odpowiadał przez dziesięciolecia za oświetlenie wrocławskiej sceny. Tuż przed emeryturą spotkał aktora na schodach i zwierzył się mu jak bratu.
– Wiesz, Tadek, wracam wczoraj z roboty do domu, w progu wita mnie żona i od razu: „Żarówka w łazience nam się znowu przepaliła”. Patrzy błagalnie i trochę z wyrzutem.
– A mnie, stary, nie chce się jej wykręcać i zmieniać!
Mnie z kolei, od przejścia do ostatniej korporacji w życiu, czyli do ZUS-u, nie chce się pisać! Ani maili, ani esemesów, a tym bardziej do Internetu. Nie, nie ze zwykłego lenistwa, to po prostu nuda. Ile razy można o tym samym? O ekstraklasie, sędziach, działaczach, Świątek i Hurkaczu. No ile? Owszem, porwie mnie czasami mecz finałowy siatkarzy, kusi nieco Meronk, ale tego akurat nie znam. Urbana znam od dawna, ale też mam kłopot z odgrzewaniem tematów-kotletów. Poparłem go przed majestatem prezesa i teraz niech radzi sobie sam z chamstwem i discopolową muzyką!
Babie lato odeszło, jesień to moja pora roku. Powoli kończę wakacje, więc szukam nowych impulsów na tej niezasłużonej emeryturze. Czasu coraz mniej, więc marzą mi się spotkania z ludźmi światłymi, którzy mają do powiedzenia znacznie więcej niż komentatorzy piłkarscy. A ci ciągle o „skanowaniu półprzestrzeni”.
Wyzwaniem, nie tylko dla misia o bardzo małym rozumku, był... Od dawna zabiegałem o bliskie spotkanie pierwszego stopnia z profesorem Janem Miodkiem. Nie było łatwo. A nawet trudno, prawie jak o termin konsultacji z okulistą w ramach NFZ. Bo język, choć ojczysty, może zawsze spokojnie poczekać za zębami. Owszem, miewałem konsultacje i były pytania zadawane telefonicznie, więc profesor-idol utwierdzał mnie w przekonaniu, że ta lub inna forma jest poprawna, aż wreszcie 7 października zdjąłem na jego widok czapkę z napisem nad daszkiem „Not dead yet” przed pomnikiem Fredry na wrocławskim rynku.
Liczyłem na kwadrans, góra dwa, widzenia, ale gdy dołączył do nas legendarny Władek, to nie wiadomo kiedy minęło nam pięć. To złoty czas, smakował tak samo jak wygrana pięciosetówka w Wielkim Szlemie!
To był ten mój Wielki Szlem! Szlem słów. Tych powszechnie uznanych za obelżywe i tych najpiękniejszych, bo z najbardziej zakurzonych słowników języka polskiego. A liczba anegdot przerosła oczekiwania nawet pana Władka.
Podzielę się tu tylko jedną, bo inne mogą się jeszcze kiedyś przydać. Oto do profesora przyszła studentka tuż przed magisterium. Prosty egzamin. Oto relacja językoznawcy, a więc z pierwszych ust.
– Nie chcę pani robić kłopotu, więc będzie łatwo. Kwestia z obszaru stałych związków frazeologicznych. Proszę dokończyć: silny jak...
Cisza i zakłopotanie.
– Silny jak...
Nadal drżą powieki odpytywanej.
– Silny jak... Podpowiem więc małym gestem.
Profesor pokazuje rogi. I olśnienie oraz radość w oczach przyszłej pani magister:
– Silny jak Pudzian!
Nie miał siły się śmiać. Zachował powagę. Zrewanżowałem się sceną z rynku w Kocku. Stał tam przed laty dostawczak miejscowych zakładów drobiarskich z hasłem reklamowym:
„Zaufało nam już milion kurczaków!”
– Świetne i, co ważne, zgodne z regułami słownika! – skomentował rozbawiony do łez profesor.
A ja trochę niepostrzeżenie zbliżam się do jubileuszu setnego felietonu, bo ten jest 95.
Sto i... co?
Spotkanie z profesorem Janem Miodkiem we Wrocławiu. Było jak... w Wielkim Szlemie. Słów...