Tak, jesteśmy Europejczykami?
Z DRUGIEJ STRONY - komentarz Mariusza Rajka
Liga Konferencji naginała bowiem naszą czasoprzestrzeń, tworzyła całkowicie mylne, utopijne wrażenie, że jesteśmy już europejskimi tuzami, bo wygrywamy mecz za meczem, dochodzimy do ćwierćfinału europejskiego pucharu. Tylko trzeba brutalnie stanąć oko w oko z prawdą o jakim pucharze (celowo z małej) w ogóle mówiliśmy…
Liga Konferencji została stworzona dla klubów z trzeciego, a może nawet czwartego i dziewiątego świata, aby w ogóle mogły poczuć smak takich rozgrywek. Prestiż jej był żaden, ale wszechogarniająca żądza pieniądza i pęd za nieprzyzwoicie monstrualną rozbudową rozgrywek wszelakich sprawił, że taki twór w ogóle się pojawił. Fajnie było się w niej pokazać, nazbierać punktów do rankingu UEFA, ale docelowo to może być miejsce dla piłkarskich globtroterów z Gibraltaru, Łotwy, Mołdawii, Kosowa czy Słowenii – oczywiście tych krajów nie obrażając. Gra polskiego klubu tam oczywiście nie jest ujmą, ale jednak odpowiednia bardziej dla czwartej czy piątej drużyny Ekstraklasy, a nie mistrza Polski.
Patologiczny błąd europejskich włodarzy (którego zresztą byliśmy największym beneficjentem) sprawił, że w czystej teorii faktycznie w LK opłacało się grać bardziej niż w LE! Bo pieniądze podobne, a dysproporcja sportowa jednak ogromna, co sprawiało, że na koniec rachunek lepiej wyglądał po ograniu Zrinskiego, Lincoln czy Craiovej niż po prawdopodobnych porażkach z przedstawicielami Premier League, Bundesligi czy Ligue 1. Czy jednak tylko o pieniądze i sztuczne budowanie rankingu ma tu chodzić? Mam nadzieję, że nie, bo porażka z Sunderlandem czy Leverkusen docelowo powinna przynieść więcej korzyści niż wygrane z drużynami, których nazw ciężko wymówić albo bez atlasu niepodobna znaleźć na mapie. No i w końcu przekonamy się, czy należymy już do tej (Ligi) Europy tylko geograficznie, czy już kulturowo.