To się nazywa sensacja
Zespół z trzeciego poziomu rozgrywek eliminuje ekipę z ekstraklasy. GieKSa nie dała rady Górnikowi Łęczna!
Marcel Wędrychowski (z lewej) walczy o piłkę z Karolem Turkiem. Fot. PAP / Wojciech Szubartowski
PUCHAR POLSKI
To było pierwsze starcie obu drużyn od kwietnia 2024 roku. Wówczas oba zespoły rywalizowały na poziomie zaplecza ekstraklasy. GieKSa występowała jeszcze na starym stadionie przy ul. Bukowej. Wtedy padł remis 0:0, teraz musiało dojść do rozstrzygnięcia. I doszło do bardzo niespodziewanego.
Babol Kikolskiego
Obie drużyny od tego czasu rozeszły się... Jedna poszła w górę, druga w dół, więc dzielą je obecnie dwie klasy rozgrywkowe. Katowiczanie (trudno było przyzwyczaić się do ich purpurowych koszulek) byli więc oczywiście zdecydowanym faworytem w starciu z grającym dwie klasy niżej rywalem. Zespoły nie wyszły w podstawowych składach. Gospodarze, czyli Zielono-czarni (stąd stroje Górnika), weszli w mecz dobrze, nie przestraszyli się renomowanego rywala. Klasa przeciwnika ewidentnie zadziałała na gospodarzy mobilizująco, podeszli do meczu ambicjonalnie.
Po pół godziny Łęczna wyszła na sensacyjne prowadzenie. Michał Tkacz przejął złe podanie rezerwowego bramkarza GKS-u Maciej Kikolskiego, wygrał pojedynek z Bartoszem Wolskim, zatrzymał się, odwrócił i precyzyjnym strzałem w róg zdobył bramkę. Ewidentna wina w tej akcji obu wymienionych katowickich piłkarzy. Szał u gospodarzy, zaskoczenie wśród gości.
Mogło być wyżej
Po przerwie GieKSa niby przeważała, ale nic z tego nie wynikało. Tymczasem w 72 minuty byłoby już po zawodach, jednak Ahmedow nie spisał się, będąc w klarownej sytuacji. Przyjezdnym brakowało momentów zrywu i przyśpieszenia, mimo że coraz więcej zawodników angażowało się w zadania ofensywne. Trener Rafał Górak wpuszczał na boisko kolejnych zawodników. Przed upływem godziny dokonał potrójnej zmiany, chcąc zmienić oblicze meczu. Jednym z wprowadzonych na boisko graczy był Szymon Bartlewicz. Przez kilka kolejnych minut trwało oblężenie bramki Górnika, właśnie dzięki aktywnej w tym okresie postawie rezerwowego. Miejscowi potrafili przetrwać ten trudny moment. Zresztą Katowiczanie właściwie nie stworzyli sobie już ani jednej klarownej sytuacji bramkowej, a sami byli bliżej straty drugiej bramki. W 84 minucie w kontrataku Bartłomiej Korbecki niedługo po wyjściu miał stuprocentową okazję na podwyższenie wyniku. Biegł samotnie na bramkę Kikolskiego, już go minął, ale strzelił tuż obok słupka. Po chwili za głowę złapał się Jakub Myszor, który też nie trafił. Szansę miał, tuż przed końcem Korbecki i... znowu nic.
Obaj piłkarze mogli jednak odetchnąć z ulgą, bo nie przyniosło to dla ich drużyny złych konsekwencji. To nie był dzień Katowic. Górnik Łęczna wprawił publikę w entuzjazm. 17-leti bramkarz Jakub Wilk, którego trener Jurij Szatałow wystawia na kolejne rundy PP - znów był bohaterem. W poprzedniej rundzie - ze Stalą Mielec - był bohaterem w konkursie rzutów karnych, tym razem nie wpuścił bramki. Tymczasem dla Katowic to trzeci przegrany mecz z rzędu i trzeci bez zdobytej bramce. Ci w gorącej wodzie kąpani już mówią o kryzysie.
(pacz)
◼ Górnik Łęczna - GKS Katowice 1:0 (1:0)
1:0 – Tkacz, 31 min
ŁĘCZNA: Wilk - Myszor, Radkowski (38. Kobryń), Kruk, Turek, Rogala (69. Quainoo) - Janaszek (69. Niewiarowski), Walski, Tkacz (81. Deja), Ahmedow - Antkowiak (81. Korbecki). Trener Jurij SZATAŁOW.
KATOWICE: Kikolski - Jirka (57. Galan), Olsen (57. Czerwiński), Jędrych, Klemenz, Wdowiak - Wędrychowski (57. Bartlewicz), Milewski, Wolski (75. Kowalczyk), Nowak - Szkurin (75. Kokosiński). Trener Rafał GÓRAK.
Sędziował Paweł Malec (Łódź). Widzów 1333. Żółte kartki: Myszor - Milewski.