Uwaga na Dżeko 2.0!

Gdyby Polska miała kogoś takiego jak Ermedin Demirović, bezapelacyjnie byłby podstawowym napastnikiem reprezentacji.

„Dycha” na koszulce Demirovicia nie wzięła się znikąd. Fot. IPA/SIPA USA / Press Focus

BOŚNIA I HERCEGOWINA

Czasami zastanawiałem się, kiedy nadejdzie ten moment, ale nigdy nie przypuszczałem, że będę wtedy tak wzruszony – takimi słowami na początku września żegnał się z bośniacką reprezentacją Edin Dżeko. 40-letni dziś snajper, wciąż grający w bundesligowym Schalke, to zawodnik z największą liczbą goli i występów dla Złotych Lilii. Przez lata niósł na swych barkach reprezentację, ale teraz jego schedę muszą przejąć inni – na przykład Ermedin Demirović.

Świat o nim usłyszał

Na amerykańskim mundialu obaj grali obok siebie. Demirović – przezywany czasem „Bokser” albo „Medo”, co znaczy „Niedźwiedź” – jest 12 lat młodszy i co zrozumiałe, starszy kolega był jego wzorem do naśladowania. Mógłby to zresztą powiedzieć pewnie każdy zawodnik reprezentacji... Napastnik Stuttgartu jest teraz największą gwiazdą ofensywy swojej kadry, piłkarzem już w Europie nieanonimowym. Fani Bundesligi znają go od ładnych paru lat, ale jego nazwisko szerokim echem odbiło się w pierwszej kolejce Ligi Mistrzów, kiedy w 12 minut skompletował hat tricka! Okej, nie strzelał Barcelonie, PSG czy Interowi, ale norweskiemu Vikingowi, co nie zmienia jednak faktu, że stał się pierwszym zawodnikiem Stuttgartu, który zdobył trzy gole w Lidze Mistrzów/Pucharze Europy. Został także zdobywcą piątego najszybszego hat tricka w historii Champions League (tej zreformowanej).

Nie chciał Niemców

Demirović nie od początku grał na najwyższym poziomie. Zaistniał na nim relatywnie późno. Urodził się w 1998 roku w Hamburgu, do którego w trakcie wojny na Bałkanach wyemigrowali jego rodzice – dosyć typowy scenariusz. Jego dom zawsze pozostawał jednak bośniacki, a kiedy sytuacja w kraju uspokoiła się, rodzina Demiroviciów często odwiedzała jego dziadka, który pozostał w Sanskim Moście. To praktykujący muzułmanie. Sam Ermedin przed ostatnim mundialem, razem z kilkoma kolegami z kadry, udał się zresztą na modły do jednego z sarajewskich meczetów. Niemcy chcieli zwerbować go do swoich młodzieżówek – ale dla niego nigdy nie było takiego tematu. Zresztą zanim jeszcze przyszedł na świat, u jego rodziców pomieszkiwał po swoim transferze do Hamburga... Hasan Salihamidzić, który później stał się czołowym bośniackim zawodnikiem i zasłynął z gry w Bayernie Monachium.

Z płaczem do domu

Jako sześciolatek Demirović rozpoczął treningi w HSV. Innej opcji być nie mogło, bo wychował się rzut beretem od Volksparkstadion, słysząc każdy okrzyk euforii po zdobytej w trakcie meczu bramce. Jako nastolatek usłyszał jednak, że nic z niego nie będzie. Że jest za wolny, za ciężki... Wrócił do domu z płaczem, ale potem dostał swoją szansę od trenera hamburskich młodzieżówek Daniela Petrowsky'ego i to „zażarło”. W wieku 16 lat przeszedł do RB Lipsk, lecz tam mu nie poszło i zaczął kilkuletnią eskapadę – do Hiszpanii, z wypożyczeniami do Francji i Szwajcarii. Do Niemiec wrócił w wieku 22 lat. Ściągnął go Freiburg.

Od początku nie był jakimś wybitnym bundesligowiczem. Przez dwa lata strzelił 8 goli i zanotował 14 asyst. Wziął go Augsburg – i tam wypalił. Ten sam okres, ale 23 gole i 16 asyst. Zaczął się podobać i to do tego stopnia, że po kolejnych dwóch latach swój ówczesny rekord transferowy pobił dla niego Stuttgart, wówczas wicemistrz, płacąc 23 mln euro. A to już był progres. Walka o czołowe lokaty, europejskie puchary...

Antyfenomen

W VfB Demirović trzyma poziom – dwa lata (plus obecny sezon) to 36 goli i 11 asyst. Latem co prawda miał kilka nieprzespanych nocy, kiedy pojawiła się plotka, że trener Sebastian Hoeness... chce go sprzedać. Nie było to prawdą, 28-latek chciał zostać w Szwabii i tak też się stało. Stabilizacja jest dla niego ważna, w pełni koncentruje się na piłce – nie pije, nie pali, nie wychodzi na miasto. To silny, kompleksowy napastnik, który świetnie czuje się w polu karnym, ale potrafi też skorzystać z dynamiki na flance. Grą przypomina trochę... Jordiego Sancheza, aktualnego lidera strzelców ekstraklasy (oczywiście z zachowaniem wszelkich proporcji). Dziwi natomiast jedno: jego bilans w... kadrze. Tylko cztery bramki w 44 występach – to jakiś antyfenomen. Oby nie poprawił tego w piątek...

Piotr Tubacki

Odblokuj publikację i korzystaj bez ograniczeń

Kupuję

Masz już dostęp? Zaloguj się