Wiemy, ale nie powiemy...
Prokuratura ogłosiła zarzuty o charakterze korupcyjnym po kuriozalnej bramce w meczu Rekordu Bielsko-Biała z Sokołem Kleczew. Śledczy nie chcą jednak ujawnić, kim jest osoba podejrzana.
Sprawa Sebastiana Szabłowskiego ciągnie się jak flaki z olejem, a jej końca nie widać. Fot. Piotr Matusewicz/PressFocus
BETCLIC 2. LIGA
W połowie sierpnia minął rok od spotkania, które odbyło się w Cygańskim Lesie. Przypomnijmy, że pod koniec pierwszej połowy bramkarz Sokoła Sebastian Szabłowski otrzymał podanie od obrońcy i będąc nieatakowanym, zagrał przed pole karne wprost pod nogi Jakuba Rysia. Pomocnik Rekordu wbiegł w „szesnastkę” i przy biernej postawie kleczewskiego golkipera oddał strzał, zdobywając drugiego gola w meczu.
Zbieranie materiału
Niedługo po nim wyszło na jaw, że na rynku bukmacherskim zawierano zakłady na wysokie stawki, iż do przerwy w tym spotkaniu padną co najmniej dwa gole. Wspomniane trafienie było... drugim w spotkaniu. Uzyskane zostało w 2 minucie doliczonego czasu gry. Kilka dni później Komisja Dyscyplinarna PZPN wszczęła postępowanie wobec podejrzenia match-fixingu, zawieszając bramkarza Sokoła na trzy miesiące. Równocześnie piłkarska federacja powiadomiła o sprawie referat do walki z korupcją, działający w strukturach Komendy Wojewódzkiej Policji w Katowicach. Pod koniec roku zgromadzony w sprawie materiał dowodowy - miały się w nim znaleźć m.in. dane osób, które obstawiały spotkanie Rekordu z Sokołem na rynku bukmacherskim - trafił do Prokuratury Okręgowej w Bielsku-Białej, a nadzór nad postępowaniem objął naczelnik pionu śledczego, prokurator Jarosław Babiński.
Z uwagi na dobro...
Prokurator od początku nie dzieli się efektami i ustaleniami poczynionymi w trakcie śledztwa. Wiadomo, że na początku roku powołał i otrzymał opinię biegłego, który ocenił zachowanie Szabłowskiego po stracie piłki. Nie wiadomo, kim był ekspert, ale to niemal na pewno były piłkarz, który posiada wiedzę i stosowne doświadczenie, które pozwala ocenić i stanowi dowód w postępowaniu sądowym, czy zachowanie bramkarza mieściło się w granicach sportowego błędu, czy było umyślnym działaniem. Jak udało nam się ustalić, od kilku tygodni w śledztwie występuje podejrzany, co potwierdza prokuratura. Usłyszał on zarzuty z dwóch artykułów ustawy o sporcie. Pierwszy dotyczy przyjmowania łapówek lub obietnic korzyści majątkowej w zamian za nieuczciwe zagrania, które mogły wpłynąć na wynik meczu, zaś drugi paragraf obciąża osobę, która wiedząc o takim ustawianiu spotkań, sama brała udział w zakładach bukmacherskich na ten mecz lub przekazywała tę wiedzę innym, by mogli zawrzeć kupony. Za zarzucane czyny grozi kara pozbawienia wolności do 8 lat.
- Z uwagi na dobro postępowania i efektywny wynik planowanych czynności procesowych nie będą udzielane dodatkowe informacje - zastrzega Małgorzata Moś-Brachowska, rzecznik prasowa Prokuratury Okręgowej w Bielsku-Białej.
Nałogowy hazardzista
Śledczy nie chcą potwierdzić, że zarzuty w sprawie usłyszał Szabłowski, ale trudno oczekiwać, by był to ktoś inny. Wiosną sprawa znalazła finał przed Komisją Dyscyplinarną PZPN, gdzie bramkarz otrzymał karę łączną 5-letniej dyskwalifikacji, na co składa się dwa lata kary za tzw. match-fixing w spotkaniu z Rekordem i kolejne trzy lata za łamanie zakazu i zawieranie zakładów bukmacherskich. Już wtedy z ustaleń organu PZPN wynikało, że jest on nałogowym hazardzistą i na przestrzeni kilku lat zawarł nawet... kilka tysięcy zakładów. Kupony potrafił zawierać późną nocą, choć nazajutrz czekał go mecz. Obstawiał także wyniki spotkań swojej drużyny, ale analiza zdarzeń nie wykazała, by obstawiał porażkę, a jedynie grał na zwycięstwo Sokoła.
Bramkarz złożył odwołanie do Najwyższej Komisji Odwoławczej przy PZPN, ale mimo upływu ponad pół roku organ nie zdołał się zebrać, więc nie wydał decyzji w sprawie.
(gru)