Zabrakło czasu na regenerację
Pierwsza porażka Tyszan w tym sezonie nie przekreśla tego, co do tej pory zrobił trener Rene Poms i jego podopieczni.
Rene Poms już nie jest niepokonany, ale nadal jest zadowolony ze swojej drużyny. Fot. GKS Tychy
GKS TYCHY
Znane powiedzenie, że „wszystko kiedyś się kończy” w przypadku drużyny GKS-u Tychy znalazło zastosowanie po 16 spotkaniach. Trener Rene Poms od początku sezonu do ostatniego dnia października dumnie nosił miano niepokonanego, ale po 13 spotkaniach ligowych, w których Tyszanie punktowali, oraz po trzech zwycięstwach w Pucharze Polski licznik się zatrzymał.
Z jednej strony można mówić o zaskoczeniu, bo przecież drużyna, która jako pierwsza pokonała Trójkolorowych, nie jest potentatem. Lechia Zielona Góra to beniaminek Betclic 2. ligi, a w dodatku na mecz z wiceliderem przyjechała po porażce 0:6 z Górnikiem Łęczna i po 13 kolejkach zajmowała 14. miejsce. Trzeba jednak dodać, że zespół trenera Sebastiana Mordala przed pierwszym gwizdkiem w Tychach miał siedem dni na regenerację i przygotowanie taktyki, natomiast gospodarze trzy dni wcześniej stoczyli zacięty bój pucharowy i po dogrywce wyeliminowali Pogoń Siedlce.
Czuli w nogach
- To był dla nas bardzo trudny mecz, przede wszystkim dlatego, że zawodnicy czuli w nogach te 120 minut ze środowego spotkania – stwierdził szkoleniowiec Tyszan. – Szczególnie obrońcy mieli bardzo ciężko. Brakowało nam świeżości, jaką mamy normalnie, co na pewno miało bardzo duży wpływ na przebieg wydarzeń na boisku. Ale trzeba też dodać, że graliśmy z rywalem, który prowadził otwartą grę, był bardzo agresywny, dobrze wybiegany i zorganizowany. Niestety dla nas, robił to, za co mu płacą. Nam brakowało tych 5-10 procent do pełnej „ostrości”. Ja jednak cały czas mówiłem mojemu zespołowi, żeby do końca próbował wygrać ten mecz. Dlatego po stracie gola zrobiliśmy zmiany, które dały nam wyrównanie. Mieliśmy też strzał Piotra Gębali w poprzeczkę i centymetrów zabrakło, żebyśmy prowadzili 2:1. Tak bardzo chcieliśmy wygrać, że... nadzialiśmy się na kontrę i przegraliśmy. Taki jest futbol i musimy to zaakceptować. Nikt tego nie chciał, ale tak się stało i myślę, że to była cena za mecz, dzięki któremu awansowaliśmy do 1/8 finału Pucharu Polski. 120 minut nie da się tak łatwo wyrzucić z organizmu i to był powód porażki.
Powinien być karny
Rene Poms dodał jeszcze drugi powód, ale od razu zaznaczył, że to jest „na marginesie”. - Przy stanie 1:1 powinniśmy dostać rzut karny – powiedział. – W tym sezonie jednak nasz zespół tylko karany jest rzutami karnymi, a sam – choć na przykład w Szczecinie w meczu ze Świtem karny był ewidentny – karnych nie otrzymuje. Nie oczekujemy niczego nie fair, ale chcielibyśmy być traktowani sprawiedliwie. Szczególnie w takich meczach jak ten z Lechią, czyli bardzo zaciętych. Wtedy, gdy jest faul, to karny mógłby nam pomóc wygrać.
Walczą do końca
Ostatecznie opiekun tyskiej drużyny zaznaczył, że mimo pierwszej porażki w sezonie, nic się praktycznie nie zmieniło... - Nadal jesteśmy na drugiej pozycji, w 1/8 finału Pucharu Polski i czekamy na kolejne mecze. Nie zmienia się także nastawienie, które było widoczne również w tym przegranym spotkaniu z Lechią Zielona Góra. Chcemy wygrywać, więc porażka boli, bo trenerzy i piłkarze – tak samo jak kibice – są ludzkimi istotami. Z tego, co widzę na naszych treningach oraz na meczach, mamy dobry zespół, którego zawodnicy walczą do końca i dają z siebie maksimum, żeby wygrać. Z tego – mimo pierwszej porażki poniesionej w tym sezonie – jestem zadowolony i z takim nastawieniem będziemy pracować oraz czekać na kolejne wyzwania – zakończył Rene Poms.
Jerzy Dusik
___________________________________________________Nastolatkowie bez kompleksów
Wyjątkowo w tym sezonie przebiega w Tychach rywalizacja o miejsce w bramce. Od początku sezonu między słupkami stawał Jakub Mądrzyk i nikogo to nie dziwiło, bo wychowanek Rakowa Częstochowa, choć ma dopiero 22 lata, jest... najstarszym wśród golkiperów zgłoszonych do rozgrywek przez GKS. Młodzieżowy reprezentant Polski rozegrał osiem spotkań – sześć w lidze i dwa w Pucharze Polski. Jednak w pucharowym spotkaniu z ŁKS-em Łódź doznał kontuzji kolana i z dnia na dzień między słupkami zrobiła się... szansa dla juniorów.
Jako pierwszy 6 września okazję debiutu otrzymał Kacper Myszkowski, który 7 listopada będzie obchodził 18. urodziny. Mimo młodego wieku na pozycji, która wymaga doświadczenia, 17-latek szybko zaimponował. W ośmiu występach przepuścił tylko cztery gole i obronił dwa rzuty karne.
W jego przypadku ósme spotkanie zakończyło się szczęśliwie, bo mecz Pucharu Polski z Pogonią Siedlce dał awans do 1/8 finału, ale trzy dni później przyszedł pechowy moment. Wprawdzie wygrał sytuację sam na sam z napastnikiem Lechii, ale ten wpadł na wyprostowaną nogę bramkarza Tyszan. Co prawda po interwencji fizjoterapeutów „Myszka” wrócił między słupki i dotrwał do przerwy bez straty gola, ale na drugą połowę już nie wyszedł. Skończyło się więc na ośmiu i pół meczach.
Okazję do debiutu otrzymał więc urodzony 11 czerwca 2009 roku Tymoteusz Proczek. Bronił 45 minut, przepuścił dwa strzały. GKS Tychy przegrał, ale Rene Poms tak ocenił debiut 17-latka: - Po tym, jak rywal nadepnął na łydkę Kacpra, nasz bramkarz nie mógł kontynuować gry. Dlatego musieliśmy dokonać zmiany. Tymek bez kompleksów wszedł jednak do bramki i wielkie uznanie z mojej strony dla niego za debiut w pierwszej drużynie, bo zagrał bez kompleksów. Nie był zaskoczony, grał skoncentrowany, miał kilka dobrych interwencji.
Z tego wniosek, że wracający do zdrowia Mądrzyk ma już dwóch konkurentów, choć na razie do dyspozycji sztabu szkoleniowego jest tylko jeden oraz... trener bramkarzy, 36-letni Austriak Pirmin Strasser.
(jaD)
17-letni Tymoteusz Proczek tuż przed debiutem w pierwszej drużynie. Fot. GKS Tychy