Zastrzyk z optymizmu
Maja Chwalińska świetnie zaczęła półfinał w Singapurze, ale Leylah Fernandez odwróciła losy meczu. Polka ma jednak powody do dumy i znów jest 21. rakietą świata.
Na drugi w karierze finał rangi WTA Maja Chwalińska musi jeszcze poczekać... Fot. Eyepix/SIPA USA/PressFocus
Obie tenisistki – obie leworęczne – mają w dorobku niespodziewanie osiągnięty wielkoszlemowy finał. Polka w tym roku zagrała o tytuł we French Open, a Kanadyjka pięć lat temu w US Open. W turnieju WTA 500 na twardych kortach w Singapurze (z pulą nagród 1,2 mln dolarów) znów grały swój najlepszy tenis.
15 punktów z rzędu!
Maja Chwalińska do półfinału przeszła jak burza. W trzech meczach – ze Słowaczką Rebeccą Šramkovą (146. WTA), Ukrainką Ołeksandrą Ołyjnikową (47.) i Belgijką Elise Mertens (19.) – oddała rywalkom 11 gemów, łącznie (!).
Pierwszy set spotkania 25-letniej Polki z o rok młodszą Kanadyjką Leylah Fernandez (31.) zapowiadał ciąg dalszy wspaniałego serialu – wygrała pięć pierwszych gemów, notując m.in. serię 15 kolejno zdobytych punktów (!), zanim Fernandez zdołała otworzyć swoje konto. Kilka minut później Maja zamknęła partię – była prawie bezbłędna, zanotowała ledwie cztery niewymuszone błędy, przy aż 21 Kanadyjki.
Fernandez jednak nie zwiesiła głowy – mocno rozpoczęła drugą partię, zdobywając pierwszych osiem punktów i obejmując prowadzenie 2:0. Chwalińska szybko odrobiła stratę przełamania. Fernandez nadal grała jednak ofensywnie i wygrała seta 6:4, doprowadzając do decydującej partii.
– Maja to niesamowita, bardzo trudna rywalka, nie zagrywa dwa razy z rzędu takiej samej piłki – komplementowała Polkę po meczu rywalka. – Na początku chyba byłam trochę zaskoczona, a do tego za bardzo się frustrowałam. Publiczność bardzo pomogła mi się zresetować w drugim secie – dodała.
Trochę rozczarowana
Na początku trzeciego seta Chwalińska miała break pointa, którego wykorzystanie dałoby jej prowadzenie 2:0. Fernandez zdołała jednak się wybronić, wyrównała na 1:1, a następnie przejęła kontrolę nad spotkaniem – dwukrotnie przełamała Polkę, budując wyraźną przewagę, i po 2 godzinach i 8 minutach przypieczętowała zwycięstwo 1:6, 6:4, 6:2.
Jak bardzo Fernandez poprawiła grę, pokazuje statystyka – w drugim i trzecim secie łącznie miała 26 zagrań wygrywających i 22 niewymuszone błędy. Chwalińska natomiast 13 „winnerów” i 24 niewymuszone błędy. Kanadyjka wygrała 22 z 37 akcji przy siatce.
– Oczywiście, jestem trochę rozczarowana wynikiem, ale Leylah pod koniec drugiego seta zagrała zdecydowanie lepiej, a w trzecim utrzymała to tempo i zasłużyła na zwycięstwo. Na pewno zobaczę sobie ten mecz i postaram się wyciągnąć wnioski, zobaczyć, co mogłam zrobić lepiej – podsumowała Polka po spotkaniu.
Tylko pozytywy
Chwalińskiej nie udało się więc zagrać w drugim finale głównego cyklu, ale ma powody do dumy – to był jej drugi najlepszy turniej w karierze, po pamiętnym French Open. Przełamała serię porażek poniesionych latem w Ameryce, a trzy wygrane na kortach twardych – na których niektórzy z góry skazywali ją na pożarcie – na pewno ją podbudują przed kolejnymi turniejami w Azji; ten najbliższy już w tym tygodniu w Pekinie.
No i w poniedziałkowym notowaniu rankingu przesunie się z 25. na 21. lokatę, czyli wyrówna swoje najlepsze osiągnięcie, gdy w czerwcu po paryskim finale katapultowała się z drugiej setki.
No i, bagatela, za półfinał imprezy 500 na konto Polki wpłynie 66 tys. dolarów (brutto).
Fernandez poszła zaś za ciosem i zdobyła szósty tytuł w karierze – w niedzielnym finale pokonała 7:5, 6:0 Australijkę Talię Gibson (63.).
(ToM)
Pierwszy raz Australijki
W innym turnieju WTA zakończonym w niedzielę – w Seulu (rangi WTA 250) – triumfowała Kimberly Birrell (60.), która w „australijskim” finale (pierwszym takim od 2017 roku) pokonała swoją rodaczkę Mayę Joint (99.) 6:4, 6:2. 28-letnia Birrell zdobyła pierwszy w karierze tytuł w głównym cyklu rozgrywek. W 1. rundzie w Seulu odpadła rozstawiona z numerem 7 Magda Linette (75.).