Zmora
Z DRUGIEJ STRONY - Paweł Czado
Czasy takie, że reporter ma kontakt z Czytelnikami na bieżąco, czyli już w trakcie ważnych wydarzeń. Kiedy mają chęć, to po prostu do niego niego piszą. Mam przyjemność, że mnie także się to zdarza. Nieszczęśliwy mecz Polski z Bośnią; sposób w jaki się toczył, a przede wszystkim sposób w jaki się skończył - to ogromne pole manewru dla uzmysławiania sobie stanu ducha i wykluwających się w świadomości opinii. Czasem gwałtownych, czasem gniewnych, czasem melancholijnych, jednak zazwyczaj wynikających z troski. Mało co potrafi rodzić aż takie frustracje, taką ekstazę, taką rozpacz czy spełnienie jak futbol...
Dziś w żadnym przypadku nie może być mowy o spełnieniu. Dlatego dopadły mnie już w trakcie spotkania głosy o hańbie, o nieudanej reanimacji, bo przecież pacjent jednak zmarł, o pomyśle tylko na treningi, bo w trakcie meczu na boisku ciągle jest gówno, o braku sensu, o poczuciu beznadziei. Ale są też inne głosy, przejmujące, a przez to wprawiające mnie rzeczywiście w głęboki smutek. „Wcześniej było mi trochę wszystko jedno, jednak po meczu z Bośnią - w kontekście Jana Urbana - jest mi przede wszystkim przykro, że ta normalność i życzliwość, którą wprowadził do reprezentacji, nie obroniła się wynikami”.
Cóż, piłka to zmora, która, owszem, potrafi być katapultą do wspaniałego samopoczucia na następny tydzień, ale i bezwzględną bestią, wysysającą radość życia. Mam przekonanie, że dziś wszyscy, którym leży na sercu dobro reprezentacji, czuli/czują/będą czuli żałość - tak wielką, że nazajutrz nie chciało im się zapewne wstać... Taki jest właśnie przeklęty los kibica. Przez większość życia siedzi mu bowiem na klatce piersiowej ta wspomniana perfidna zmora, która odpowiada za stan ducha i ciągnie go w dół. Ta zmora jest jak pleśń, która w poczuciu beznadziei wdziera się do nozdrzy, zatyka nam usta, zajmuje uszy i oczy. Bo prawda taka, że naturalny stan kibica to - niestety - gorzkie rozczarowanie, pasmo nerwów, zmartwień i niepokoju. A kibica trzymającego kciuki za polską reprezentację - w szczególności. Przeżywa skrajne emocje bez żadnego wpływu na rzeczywistość. W dodatku nad Wisłą ta perfidna zmora ukorzeniła się dzięki futbolowej rzeczywistości lepiej niż tysiącletni dąb Bartek; nadzieje kolejnych pokoleń rozbijają się bezradnie niczym morskie fale o kamienny brzeg. Angielska wersja tej gorączki znalazła diagnostę w osobie Nicka Hornby'ego, ale mam przekonanie, że nad Wisłą i jemu opadłyby ręce...
Nie warto jednak się poddawać, bo życie w smutku jest... smutne. Wiadomo, że porażka zawsze jest sierotą; Jan Urban przygnębiony wracał do szatni w samotności. Można uznać, że w tej scenie było coś przejmująco symbolicznego. Chcę jednak właśnie w tej gorzkiej chwili zauważyć, że ciągle mówimy jednak o porażce, nie o klęsce, o kompromitacji, która odciśnie się traumą na kibicowskiej świadomości. Klęska w moim mniemaniu jest wtedy, gdy przytrafia się coś nieodwracalnego. Owszem, nie zdołamy już awansować do wyższej dywizji, ale to bzdurka. Czy przepadła nam szansa na najważniejsze, czyli na Euro? Nie! Reprezentacja Polski ciągle może na nie awansować - bez względu czy ułatwia, czy utrudnia sobie pozycję startową...
I dlatego, czy raczej „a poza tym”, jak mawiał Katon - uważam, że Jan Urban powinien zostać na stanowisku selekcjonera reprezentacji Polski.