Nasze święto piłki!
W całej historii takiego finałowego zestawienia jeszcze nie było. Z perspektywy naszego regionu finał Górnik – Raków jest absolutnie wyjątkowy.
Raków zna już smak zwycięstwa na Narodowym. Fot. Adam Starszyński/PressFocus
Górnik po raz siódmy czy Raków po raz trzeci? To pytanie co najmniej od 9 kwietnia, a więc drugiego półfinałowego rozstrzygnięcia, nurtuje zarówno tabuny fanów na Górnym Śląsku, jak i nieco mniejszą ich liczbę pod Jasną Górą. O Puchar Polski na Stadionie Narodowym w Warszawie zagramy po raz jedenasty.
Daleka droga
54 lata od ostatniego triumfu i ćwierć wieku od ostatniego finału kontra odpowiednio zaledwie cztery i trzy lata. Nie tylko w kalejdoskopie lat droga Rakowa na PGE Narodowy była krótsza i mniej wyboista. Górnik czeka na jakikolwiek sukces nieprzyzwoicie długo. W tym sezonie Zabrzanie zmagania zaczęli od 1/32 finału i wizyty w podwarszawskim Urszulinie, gdzie swoje mecze rozgrywają rezerwy Legii Warszawa (3:0). Potem były wyprawy do Gdyni (2:1), Gdańska (3:1), Poznania (1:0) oraz Bydgoszczy (1:0); suma summarum 4700 przejechanych kilometrów! Tak długiej drogi nie miał jeszcze nikt. Górnik, aby zagrać w sobotę w stolicy, musiał wyeliminować trzech przedstawicieli ekstraklasy (w tym mistrza Polski i aktualnego lidera) oraz dwóch trzecioligowców. – Finał to nie jest zwykłe spotkanie, to mecz absolutnie wyjątkowy. To, co odróżnia polskie realia, to ogromne zainteresowanie mediów, a także fakt, że gramy na większym stadionie. Niemniej jednak samo podejście do wydarzenia tej rangi pozostaje niezmienne. Najbardziej odczuwam dziś odpowiedzialność wobec kibiców i ich marzeń, ponieważ Górnik od bardzo dawna nie zdobył żadnego trofeum – mówi trener Michal Gasparik.
Mieli łatwiej?
Raków, przynajmniej teoretycznie miał łatwiej. Przede wszystkim jako uczestnik europejskich pucharów zmagania rozpoczął od 1/16 finału, trafiając na nielubianą przez siebie Cracovię, ale tym razem poszło o dziwo bez przeszkód (3:0). Potem były wyjazdy do Wrocławia na Śląsk (2:1) oraz Świdnika na Avię (2:1 po dogrywce) i powrót do Częstochowy na półfinał z GieKSą (4:4, karne 4:2). Dwóch rywali z ekstraklasy wyeliminowanych u siebie oraz przedstawiciele 1. oraz 3. ligi pokonani na wyjazdach. Poza Cracovią, w żadnym meczu Rakowowi nie było łatwo, w ćwierćfinale potrzebował dogrywki, w półfinale rzutów karnych. Górnikowi jednak na pokonanie każdego z przeciwników wystarczyło 90 minut rywalizacji. – Połowa naszej szatni już ma doświadczenie tych finałów, graliśmy dużo ważnych meczów w tym sezonie, to jeden z nich – mówi najdłuższy stażem w Rakowie Fran Tudor. – Cieszę się, że doszedłem do takiego miejsca, nigdy nie zakładając sobie sufitu. Na pewno duża sprawa dla mnie. Raków jest budowany tak, że teraz liczy się tylko ten mecz i zdobycie trofeum. Czuć, że to jest inny tydzień, staramy się, aby było normalnie, żeby zachować pewną rutynę przygotowań – dodaje trener Łukasz Tomczyk.
Odpadł i... gra dalej
Raków smak pucharu powinien mieć jeszcze na języku, a Tomczyk oszukał przeznaczenie. Jako szkoleniowiec Polonii Bytom dpadł w obecnej edycji z Avią Świdnik, aby… zagrać z nią w kolejnej rundzie i tym razem, choć nie bez problemów – dać radę. Taki matrix możliwy był dzięki zastąpieniu Marka Papszuna na stanowisku trenera Rakowa w grudniu zeszłego roku. Kariera 37-latka przyspieszyła zresztą niesamowicie. Prowadząc dotąd drużynę maksymalnie w 1. lidze, poznał smak walki o mistrzostwo Polski (wciąż ma szanse), europejskich pucharów, a w sobotę stanie przed szansą podniesienia cennego trofeum. Michal Gasparik hurtowo zbierał Puchary Słowacji ze Spartakiem Trnawa, ale w otoczce Narodowego również dla niego byłoby to niezwykle prestiżową zdobyczą.
Mariusz Rajek