Szwedzki barter: wzięli awans, nam zostawili złudzenia
WYMIANA KOSZULEK, cotygodniowy felieton Wojciecha Kuczoka
Ciśnie się na usta parafrazowanko piłkarskich porzekadeł, na przykład: „futbol to taka gra, w której dwudziestu dwóch facetów biega po boisku, a na końcu i tak przegrywają Polacy”. Skoro ostatni raz wygraliśmy w kraju Trzech Koron, kiedy mojej świętej pamięci mamusi nie było jeszcze na świecie, zwycięstwo w Sztokholmie miałoby wymiar absolutnie rewolucyjny, przełomowy, bez względu na obecną formę gospodarzy byłoby odczynieniem klątwy, poczyniłoby radykalne zmiany w naszej piłkarskiej samoświadomości. Spokojnie, rewolucji nie będzie. Przegraliśmy jak zawsze, jedyną niewiadomą pozostanie, czy aby na pewno „graliśmy jak nigdy”, bo tak twierdzi większość obserwatorów, nawet tych zwykle powściągliwych. Ja tam, choć dziedzicznie obciążony Alzheimerem, nie muszę sięgać pamięcią daleko – widziałem już ten wtorkowy mecz przed pięcioma laty. W meczu o wyjście z grupy na pocovidowym Euro, trenowani przez pięknisia Sousę, pierwsi traciliśmy gole, wyciągnęliśmy na 2:2 i dostaliśmy decydującego gonga w samej końcówce. Procentowe posiadanie piłki? Wtedy 59:41 dla nas, teraz 64:36. Celne strzały? Wtedy 6:4 dla Polski, teraz 7:5. W obu przypadkach mieliśmy do czynienia z tzw. pięknymi porażkami, w których podniecaliśmy się faktem, że Polska prowadziła grę, ośmielała się uprawiać atak pozycyjny zamiast taktyki „laga na Robercika”, wdała się w wymianę ciosów jak równy z równym. W obu przypadkach kluczowe frazy komentatorów brzmią bliźniaczo podobnie: „Szwedzi byli do ogrania”, „Byliśmy lepsi”, tudzież „było blisko, ale zostaliśmy skarceni”. To ostatnie stwierdzenie wiele wyjaśnia: karci się dzieciaki, które zanadto brykają. Polska przegrała mecz z drużyną dojrzalszą, która skupiła się na konkretach; dali nam poszaleć, poszumieć, pohasać, ale w odpowiednim momencie to oni zadali cios nokautujący. Nie po rozpaczliwej kontrze, lecz po wielominutowym okresie wyraźnej przewagi, której konsekwencją był gol ostatecznie ośmieszający naszą defensywę. Najpierw Kiwior dał się w bocznym sektorze okiwać jak tyczka, a potem reszta naszych obrońców dała się wyprzedzić trzykrotnie w kilka sekund: za pierwszym razem ratował nas Grabara, za długim słupek, ale przy dobitce Gyokeresa nawet Matka Boska uznała, że nie warto na Polaków marnować cudów opiekuńczych.
Po raz kolejny Szwedzi okazali się dla nas łaskawi i poszli na barter: wzięli awans, ale zostawili nam złudzenia. Przez ostatnie lata byliśmy nękani wdziękiem polskiej bezmyślności szkoleniowej spod znaku Michniewicza i Probierza, po drodze jeszcze domaltretowani przez wędrownego dziada Santosa, więc pokątnie roniliśmy łzy za kadencją Paulo Sousy, łajdaka, co to nas uwiódł i porzucił, lecz przecież to za jego czasów po raz ostatni czuliśmy się piękni. I wreszcie mamy to! Znowu udało nam się przegrać, sprawiając dobre wrażenie. Och, jakie szczęście: nie wykopano nas z mundialu, ale uprzejmie wyproszono, głaszcząc po głowie na pożegnanie! W dodatku mamy alibi: sędzia sprzyjał gospodarzom! Nie demonizowałbym – fakt, że parę razy pomylił się na korzyść Szwedów, ale przy naszej drugiej bramce VARowcy mogli równie dobrze uznać, że Lewandowski na spalonym jednak biernie angażował uwagę bramkarza. Owszem, faulu na wolny dla Szwedów przed ich drugim golem nie było, ale przecież to nie sędzia zagwizdał przeciw nam gola, tylko szwedzki stoper Lagerbielke poczęstował się prezentem naszej defensywy, skoro nikt go nie pilnował, trafił głową do siatki, bo niby co miał zrobić - wołać: „halo, Polacy, jestem tu, nadbiegam, będę strzelał!”. Było jeszcze parę deprymujących szczegółów, jak choćby odgwizdanie spalonego Kamińskiego wychodzącego na czystą pozycję na początku meczu, choć podawał mu piłkę Szwed, ale uznać, że arbiter wypaczył wynik byłoby jednak nadużyciem.
Polacy nie zasłużyli na takie usprawiedliwienie. Przybyli na galę w marynarce od Prady, ale zapomnieli włożyć gaci. Z przodu byliśmy kąśliwi, z tyłu niepełnosprawni. Ergo: po raz kolejny okazaliśmy się drużyną niezrównoważoną. Brednie o tym, że byliśmy lepsi irytują mnie jeszcze bardziej, niż wynik meczu – to tak, jakby uznać, ze bokser, który wygrywał na punkty, ale padł po nokaucie w ostatniej rundzie, niezasłużenie przegrał. Nasza kultura futbolowa jest zacofana wobec Szwedów – oni wiedzą, jak wykorzystywać swoje atuty nawet wtedy, kiedy mają ich mniej, my nie potrafimy wykorzystywać przewagi, pozostaje nam wieczny niedosyt, melancholijne rozkoszowanie się tym, jak niewiele brakowało, masochistyczna ekstaza sportowych męczenników, którzy cierpią za miliony. To polska piłka – zawsze nie dość, nieomal, prawie, o mały włos, nieustannie w budowie, lecz odwiecznie niedobudowani, żywiący się wspomnieniami przeszłej sławy i wizjami świetlanej przyszłości, lecz w czasie teraźniejszym nieobecni. Nasza kadra jest jak mityczny stadion Ruchu Chorzów, którego kolejne wizualizacje olśniewają, ale od kilku dekad wciąż nie przekroczono fazy przetargu na budowę.